| ° Forum ° Odpowiedz ° Rejestracja ° Szukaj ° | |
| ° części - giełda samochodowa ° ATM materace ° antykwariat Warszawa - numizmatyka ° |
| Fubi: / Miłość - jak to jest / Po prostu temat |
| . 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 129 . 130 . >> |
| Autor | Wiadomość |
| JIMMYtm
|
Posted: 12 Sty 2006 20:12:35 Wygladaja lepiej,no nie ?:)
cierpliwosci, odpisze... tylko sie uporam z tym co na mnie spada... mail co go podalas jest prawdziwy ? |
| HawkEye
|
Posted: 10 Lis 2006 01:13:40 Witam. Zaczne moze od poczatku. Poznalismy sie na necie... Najpierw wspolne rozmowy-BAAAARDZO dlugie,ktore trwaly nawet kilkanascie godzin non stop na Skype. Nie bylo gadki,ze bedziemy ze soba... ale im dluzej rozmawialismy,zaczelismy oboje stwierdzac, ze bardzo duzo nas laczy... Po dwoch miesiacach rozmow postanowilismy sie spotkac i w sumie to po dwoch spotkaniach bylismy ze soba para. Ona mieszkala sama, wiec o wiele latwiej bylo nam sie spotykac,, bo jezdzilem do niej do domu i tam tez zostawalem na noc... Mieszkala w miare blisko (poprzednie zwiazki miewalem po ok 100-550km odleglosci) bo ok 20km . Juz na trzecim spotkaniu kochalismy sie (bez zabezpieczen-po prostu oboje tego chcielismy). Z biegiem czasu zaczelo sie jednak cos psuc miedzy nami. Zaczynalismy sie klocic o pierdoly.Nie ukrywam, ze mnie to po woli irytowalo i chcialem sie z tego wycofac,al dawalem jej kredyt zaufania, poniewaz sam z natury jestem wybuchowy,wiec wybaczalem jej to. Klopoty zaczely sie w 3im mies. naszego zwiazku, gdy coraz mniej sie kochalismy, wrecz bywalo to tak zadko, ze raz na 2tyg bylo cudem.Zaczynalo mnie to bardzo denerwowac, bo wiedzialem, ze z poprzednim partnerem sprzed lat robila to po kilka razy dziennie (opowiadala mi o tym jeszcze w czasie tych rozmow przed tym,jak sie zwiazalismy).Za kazdym razem obiecywala, ze nastepnym razem i tak w kolko, az ktorejs nocy nie wytrzymalem i zaczalem sie pakowac... Jakoze jestem wybuchowy, to przy okazji jej nawrzucalem od szmat i arabskich dziwek (poprzedni chlopak byl arabem). Ale pomimo wszystko nie chciala mnie wypuscic... Wyciagnela klucz i czekala, az sie uspokoje.. no i o 5tej rano w koncu poszlismy spac. pozniej przyszedl koniec kwietnia i znowu klopoty (a dodam, ze spalismy w tym czasie tylko raz lub dwa). Okazalo sie, ze choruje na jakas chorobe (damska doleglosc,gdy sie je duzo slodyczy) i nie mozemy juz sie kochac przez najblizszy czas... Bylem bardzo wyrozumialy i cierpliwy. czekalem dwa miesiace... Nie ukrywam, ze zamiast seksu stosowalismy petting... I jeszcze lubila bardzo gdy robilem jej jezyczkiem, ale ona nigdy, bo miala przykre wspomnienia z przeszlosci(jakie?nie wiem). Gdy wyzdrowiala, kochalismy sie tylko raz... wrecz pamietam ten caly dzien, bo szalelismy wtedy na maksa po miescie... wracalismy wieczorem z dworca i namietnie non stop sie calowalismy i nakrecalismy... pozniej kochalismy sie przyswiecach... ech... i to bylo wszystko... kolejne miesiace i mnie coraz bardziej zlosc ponosila, bo nawet nie zauwazala moich potrzeb-bylo tak, ze swoje zrobilem jezyczkiem, a ona poszla sie myc i zaraz szla spac, nie zwracajac na mnie uwagi.. Zaczynalem sie denerwowac i wszczynac klotnie w nocy. Az ktoregos dnia nie wytrzymalem i ponownie wyzwalem ja jak poprzednio.. tym razem juz mnie nie zatrzymywala,jak w poprzednich klotniach... ale wiedziala, ze wroce,bo zazwyczaj tak robilem. Byla na mnie strasznie zla. Dodam, ze nie tylko o seks nazbieralo sie na klotnie. Chcialem poznac jej mame/rodzine, to zawsze sie wykrecala, ze mama nie ma czasu itd. Z poczatku znajomosci dowiedzialem sie, ze klikala ze swoim bylym(o to byla poniekad pierwsza klotnia), ze nie chce do mnie w ogole przyjechac itd... Ale coraz bardziej ja kochalem. Az w koncu czerwiec-nie widzielismy sie wowczas dwa tyg. bo mialem mnostwo pracy i nie moglem do niej jechac. Ale codziennie chcialem z nia rozmawiac przez tel/skype. Miala wtedy trudny okres, bo wiedziala, ze straci prace (nauczycielka). No i faktycznie stracila. ostatniego dnia czerwca w dzien przed moimi urodzinami oznajmila mi, ze zrywa ze mna. Najpierw sie rozryczalem, a pozniej zaczalem blagac, zeby jednak dala nam szanse... Obiecywalem, ze poczekam do slubu z tym seksem itd... Po za tym, wakacje planowalismy spedzic razem-mialem mnostwo planow i marzen.Na probe wrocilismy do siebie. Ale sprzeczki na nowo sie o seks zaczely... Juz nawet nie o seks, ale o totalny ignor z jej strony...byla zalamana,ze nie ma pracy, wiec wspieralem ja jak tylko moglem-miala mnostwo nie placonych rachunkow. Nie moglem jej pomoc finansowo, bo sam od zeszlej jesieni jechalem na dlugach.Ale wyluskalem gdzies 200zl i jej dalem-nie chciala tej kasy, ale na sile jej wcisnalem. Nawet szukalem jej prace i mowilem, ze jak obiecalem, to znajde. Koniec lata i znowu mnie rzuca... Ale poszlo o to, ze przez cale lato ani razu do mnie nie chciala przyjechac-mialem dosc... Nie chcialem zrywac, ale juz nie moglem, tyle ze wyszlo na to, ze to ona zerwala :D Umowilismy sie, ze przyjade po rzeczy. Nagle przed wyjazdem mi mowi, ze wyjezdza z kolezanka na nocne czuwanie i bedzie dopiero o 2giej w nocy. Powiedzialem, ze poczekam-uparlem sie. Jako ze nie mam samochodu i ostatni pociag do niej byl ok 22ej, to czekalem 5 godz na dworze. Az godzine spoznienia i jest.Pogadalismy... rozplakala sie i zaproponowala, zebym u niej zostal na noc, zebym sie juz nie tulal po nocy i poczekal do rana na pociag. Niechetnie,ale sie zgodzilem(strasznie zimno bylo). Wypilem herbate i usiadlem przy stole, ona sie polozyla... i namawiala,zebym sie polozyl, bo w przeciwnym wypadku ona nie zasnie. w koncu sie polozylem.. Chcialem sie do niej przytulic, ale zakazala... az po kilku minutach sama mnie za reke przyciagnela do sienie i cala noc do przebudzenia tak spalismy(nie zaszlo nic). Gdy mnie obudzila miala juz inny wzrok-chlodny. Powiedziala, ze ma mnostwo pracy i zebym juz sobie poszedl. Wpienilem sie i bez slowa,jak najszybciej wyszedlem, ale ze glupio sie tak rozstawac, to postanowilem wrcic i chociaz napic sie czegos i pozegnac sie... Drzwi juz nie otworzyla, pomimo, ze czekalem i dzwonilem dwie godziny.(byla w mieszkaniu). Pojechalem do domu i tak sie rozstalismy. Ale okazalo sie, ze znajoma ma dla niej prace i to b. dobra. Zadzwonilem do niej, by jej to powiedziec i by sie szybko decydowala (po znajomosci-decydowaly minuty). Niestety zaczela sie jak zwykle zastanawiac i pozniej juz bylo za pozno. Ale byla mi wdzeczna.. Poprosilem ja o spotkanie, to odpowiedziala, ze da mi znac. Akurat zgadalismy sie, ze oboje bedziemy w tym samym miescie o tej samej porze wiec tam sie spotkamy. Pech(?) chcial, ze mi spotkanie z klientem nie wypalilo i mialem mnostwo wolnego czasu, wiec chcialem sie dowiedzec, czy bedzie wczesniej, to jej potowarzysze... Odpisala po DWOCH godz, ze zmienily jej sie plany i nici ze spotkania. Wtedy juz nawet nie odpisalem i mialem jej dosc... Chcialem zapomniec - bylo przykro. Nawet zaczalem myslec pozytywnie, ze to dobrze, ze sie skonczylo itd... Zaczalem jezdzic ze znajomymi na imprezy , poznawac nowe osoby,pracy tez bylo sporo, wiec nie myslalem o niej za czesto. Ale nie dala za wygrana-odezwala sie na gg i zaczelismy gadac, ale widziala, ze przez pierwsze dwa tyg bylem na dystans... Widziala, ze mam nowe zycie i sie swietnie bawie. W koncu i ja zmieklem. Tyle, ze zaczela byc zazdrosna o moje znajome, zaczela wspominac te wszystkie wspaniale chwile ktore mielismy... W sumie dogadywalismy sie swietnie, ale i tak chcialem zakonczyc ta znajomosc, bo niby po co ona ? Niestety nie moglem ulec pokusie... i zaczalem przez dwa mies. sie na nowo przyzwyczajac do mysli, ze jest szansa by wrocic. Pozniej powiedziala, ze poznala kogos, ale jej nie wierzylem-myslalem, ze to blef, by wzbudzic we mnie zazdrosc. Chcialem sie z nia spotkac, to zawsze sie wykrecala. Ale w koncu sie zgodzila. Az wczoraj zapytalem , by powiedziala mi szczerze, czy kogos ma... Odpowiedziala twierdzaco... Jak zapytalem, czy wie, ze ja wciaz kocham, to nagle jakby sie zmienila na anty wobec mnie.Ja chcialem juz to albo skonczyc, albo naprawde sie spotykac, bo meczylo mnie to, gdy sie przestawala odzywac, albo gdy wracala w nocy.Ale gdy zapytalem, ze skoro ja taki super itd, a jego nawet nie zna, i czy z nim chce byc, to powiedziala, ze ona moze chciec wiele, ale nie wszystko od niej zalezy... wowczas nie wytrzymalem... miarka sie przebrala i napisalem jej taka wiazanke, jakiej jeszcze nikomu chyba nie poslalem... Pozniej probowealem przeprosic, ale ona strasznie uczulona jest na slowa(nie dziwie sie-tez pewnie bym sie na wieki pogniewal). Odpisala, ze teraz sie umocnila w przekonaniu, ze zerwala ze mna i ze wlasciwa decyzje podjela kiedys. Jesli ktos dotrwal do tego momentu, to gratuluje i dziekuje :) To bylby koniec, gdyby nie fakt, ze wciaz ja kocham... Wiem, bedzie pewnie tu mnostwo slow, ze jestem sobie sam winien za swoj niewyparzony jezor-wiem i nie wyrzekam sie swojej winy. Nie o to chodzi, ze chce ja odzyskac. poradzcie mi jak ja znienawidzic... pomozcie mi, jak o niej zapomniec, by juz tak nie cierpiec i by nie czuc sie tak podle oszukanym i wykozystanym...Niech ktos sie wypowie, co o tym wszystkim sadzi... obojetnie co-slowa krytyki wobec mnie mile widziane. PS. Zapomnialem dodac, ze na poczatku tego zwiazku dowiedzialem sie, ze jej matka nie chciala sie ze mna spotkac,, bo niby cos zlego o mnie wiedziala(pozniej okazalo sie ze to nie o mnie chodzilo), jak rowniez to, ze jestem biedny... Totez jakos w zartach zaczalem mowic, ze slub wezmiemy,jak zarobie na dom i zycie...czyli min. 5 lat. ZAZNACZAM-to byly zarty. Ale ona-moja ex wkrecila to sobie na serio... PPS. Oboje jestesmy rowiesnikami-po 27 lat... Teraz na jesien mialem nawet jej sie oswiadczac (chcialem to zrobic w rocznice poznania sie). Prowadze mala firme, nie jestem bogaty-raczej oszczedny bo chce do czegos dojsc... PPPS. Mowila, ze mnie kocha... we wakacje,jak sie zeszlismy juz tego nie powiedziala ani razu... Wtedy bylem juz dla niej tylko cieniem. |
| HawkEye
|
Posted: 10 Lis 2006 01:38:53 Zapomnialem dodac, ze we wszystkich kwestiach bylismy idealnie dopasowani... Swietnie sie dogadywalismy, znakomicie sie rozumielismy... W zasadzie to naprawde idealnie pasowalismy do siebie. I to nie tylko moje stwierdzenie, ale i jej, bo jeszcze kilka dni temu powiedziala, ze z nikim innym jej nie bylo tak swietnie, ze z nikim jeszcze tak dobrze sie nie rozumiala, ze z nikim nie przezyla tylu przygod i takich milych sytuacji... Dodam rowniez, ze mielismy nawet okres, gdzie przez wiekszosc czasu, to mieszkalem u niej-do domu jezdzilem jedynie po dokumenty lub ciuchy. A ze miala trudny charakter(sama nieraz przyznala) to potwierdziala rowniez i to, ze nikt jej nie rozumial i nie znal tak dobrze jak ja... Czemu tak szybko zrezygnowala? :( Czemu , skoro bylem taki ok i bylo jej ze mna dobrze, to pomimo wszystko z tego zrezygnowala? No i po co mnie przez 3mies nakrecala i dawala mi nadzieje, zeby pozniej stwierdzic, ze ma kogos... :( |
| lucid
|
Posted: 10 Lis 2006 10:10:53 Witam.
Jesli ktos dotrwal do tego momentu, to gratuluje i dziekuje :)
To bylby koniec, gdyby nie fakt, ze wciaz ja kocham... Wiem, bedzie pewnie tu mnostwo slow, ze jestem sobie sam winien za swoj niewyparzony jezor-wiem i nie wyrzekam sie swojej winy. Nie o to chodzi, ze chce ja odzyskac. poradzcie mi jak ja znienawidzic... pomozcie mi, jak o niej zapomniec, by juz tak nie cierpiec i by nie czuc sie tak podle oszukanym i wykozystanym...Niech ktos sie wypowie, co o tym wszystkim sadzi... obojetnie co-slowa krytyki wobec mnie mile widziane. dotrwalem :) Moim zdaniem.. wroc do etapu kiedy wydawalo Ci sie ze masz juz wszystko ulozone bez niej. Bedzie ciezko? Wmow sobie ze Cie zdradzila z tym kolesiem kiedy byliscie razem. Tylko w konsekwencji nie probuj jej nawrzucac znowu, poprostu nastaw sie wrogo do niej(bedzie latwiej walczyc z myslami, ze rozstanie sie jest bledem). Pewnie bys chcial zeby wrocila, ale jezeli ten zwiazek z tym kolesiem jej nie wypali i znowu sie odezwie. Zastanow sie dobrze. Zaznaczam, ze nie mam pojecia czy daje dobra rade :P I przestan tyle pisac o sexie bo momentami bylem pewny ze to TROLLing ma byc :P |
| HawkEye
|
Posted: 10 Lis 2006 12:47:56 I przestan tyle pisac o sexie bo momentami bylem pewny ze to TROLLing ma byc
:P -- Tomek Nie no, zaden trolling :) Dzieki za rade-poniekad poczytalem archiwa grupy i czesciowo wybralem rowniez pod siebie niektore watki u innych.Wiesz, naprawde chcialbym zapomniec o niej,ale tak jak i ona wspominala mnostwo fajnych chwil, tak i ja to wszystko wspominam i tez tak jak ona, uwazam,ze z nia bylo najlepiej... Byla najladniejsza ze wszystkich,najlepiej mnie rozumiala etc... nadawalismy na tych samych falach.jesli chodzi o seks... ok-moze przesadzilem, ale jego naprawde bylo malo, a mimo wszystko, pomimo ze pozniej chciala z tym czekac do slubu, to i na to bym sie zgodzil... Moze za bardzo godzilem sie na wszystko? Ale tak to jest, gdy sie kogos kocha ponad zycie i chce dla tej osoby jak najlepiej.Nie ukrywam, ze i ja umowilem sie aktualnie na randke, ale to bardziej chyba tylko po to,zeny w domu nie zgnusniec.Nie pociaga mnie ta dziewczyna... A po za tym, zaczynam sie juz bac nowego zwiazku... |
| Morderca uczuć
|
Posted: 10 Lis 2006 18:24:02 Witam.
Witam. Od razu uprzedzę, że nie będę miły ;) Poznalismy sie na necie... Najpierw wspolne rozmowy-BAAAARDZO dlugie,ktore
trwaly nawet kilkanascie godzin non stop na Skype. Nie bylo gadki,ze bedziemy ze soba... A kto tak mówi od razu? Jasne, że nie gadaliście o byciu, musieliście się poznać. ale im dluzej rozmawialismy,zaczelismy oboje stwierdzac, ze bardzo duzo
nas laczy... Po to się ludzie poznają w necie aby poznać partnera. Do tego musiało w końcu dojść. Ale, pewnie sobie z tego nie zdajesz sprawy... Faceci po to poznają laski w necie aby się z nimi bzykać, lub znaleźć stałą partnerkę. Kobiety są w necie z różnych powodów, np. odreagować rozstanie z byłym. Myślę, że Twoja była, właśnie na siłę potrzebowała znajomości, w którą nie mogła, lub nie chciała od początku się angażować. Szukała substytutu araba. Gdy buntowałeś się przed rolą substytutu i chciałeś być podmiotem, prawdziwym partnerem, dawała Ci w kość. Nie tak było? wiedzialem, ze z poprzednim partnerem sprzed lat robila to po
kilka razy dziennie (opowiadala mi o tym jeszcze w czasie tych rozmow przed tym,jak sie zwiazalismy). Kochała się z nim bo był jej prawdziwą miłością. Ty byłeś jej poduszką w którą mogła się wypłakać, nie służyłeś jej za partnera seksualnego. Jakoze jestem
wybuchowy, to przy okazji jej nawrzucalem od szmat i arabskich dziwek (poprzedni chlopak byl arabem). Ale pomimo wszystko nie chciala mnie wypuscic... Wyciagnela klucz i czekala, az sie uspokoje.. W Twoich bluzgach było sporo prawdy. Gdy byłeś z nią ona myślała o nim. Sądzę, że zdradzała Cię w myślach, więc "dziwka" nie zrobiła na niej wrażenia. Okazalo sie, ze choruje na jakas chorobe (damska
doleglosc,gdy sie je duzo slodyczy) Hehehe. To jakieś brednie. Chorowała na otyłość? ;) I jeszcze lubila bardzo gdy
robilem jej jezyczkiem, ale ona nigdy, bo miala przykre wspomnienia z przeszlosci(jakie?nie wiem). Wspomnienia araba. On ją gwałcił, robił co chciał a ona się godziła. Ty jako substytut, musiałeś się godzić na to co lubiła robić z nim (przytulanki) aby mogła żyć pozytywnymi wspomnieniami. Gdy chciałeś tego, co przywracało jej negatywne wspomnienia araba, zabraniała Ci. Tak sądzę, ale możesz się nie zgodzić. Gdy wyzdrowiala, kochalismy sie tylko raz... wrecz
pamietam ten caly dzien, bo szalelismy wtedy na maksa po miescie... wracalismy wieczorem z dworca i namietnie non stop sie calowalismy i nakrecalismy... pozniej kochalismy sie przyswiecach... ech... i to bylo wszystko... kolejne miesiace i mnie coraz bardziej zlosc ponosila, bo nawet nie zauwazala moich potrzeb-bylo tak, ze swoje zrobilem jezyczkiem, a ona poszla sie myc i zaraz szla spac, nie zwracajac na mnie uwagi.. Nic dziwnego. Byłeś substytutem. Momentami coś ją nachodziło i nabierała szacunku do Ciebie ale po chwili znów brała Cię z buta. Ot taka ambiwalencja, gdy myśli się o jednym a jest z drugim. Dodam, ze nie tylko o seks nazbieralo sie na klotnie. Chcialem poznac jej
mame/rodzine, to zawsze sie wykrecala, ze mama nie ma czasu itd. Po cholerę przedstawiać starej substytut, który jest tylko na pewien czas? Aby wypytywała kiedy ślub? No sam pomyśl... Z poczatku
znajomosci dowiedzialem sie, ze klikala ze swoim bylym(o to byla poniekad pierwsza klotnia), No widzisz... ze nie chce do mnie w ogole przyjechac itd...
Z tego samego powodu nie chciała Cię przedstawiać matce. Ale coraz
bardziej ja kochalem. Bo nie podejrzewałeś jej o to, co teraz piszę. Sądziłeś, że jest normalną, samotną dziewczyną, która szukała partnera w necie. Zakochałeś się i miłość Cię zaślepiła. Nie mogłeś się uwolnić, nawet gdy zacząłeś podejrzewać, że coś jest bardzo nie tak. ostatniego dnia czerwca w dzien
przed moimi urodzinami oznajmila mi, ze zrywa ze mna. Najpierw sie rozryczalem, a pozniej zaczalem blagac, zeby jednak dala nam szanse... Nigdy nie błagaj, niezależnie jak bardzo oślepia uczucie. Obiecywalem, ze
poczekam do slubu z tym seksem itd... Łudziłeś się, że będzie lepiej. Błąd. Po ślubie dopiero plułbyś sobie w brodę. Koniec lata i znowu mnie rzuca... Ale
poszlo o to, ze przez cale lato ani razu do mnie nie chciala przyjechac-mialem dosc... Nie dziwię się. Ileż można jeździć pociągami... zwłaszcza do panny, która ma Cię w dupie. Pogadalismy... rozplakala sie i zaproponowala, zebym u niej zostal na
noc, zebym sie juz nie tulal po nocy i poczekal do rana na pociag. Wziąłeś to za dobrą monetę, błąd. Zwyczajnie się zlitowała. Chcialem
zapomniec - bylo przykro. Nawet zaczalem myslec pozytywnie, ze to dobrze, ze sie skonczylo itd... Trzeba było się tego trzymać. Wiesz ile świetnych lasek mogłeś w tym czasie poznać? Widziala, ze mam nowe zycie i sie swietnie bawie. W
koncu i ja zmieklem. Tyle, ze zaczela byc zazdrosna o moje znajome, zaczela wspominac te wszystkie wspaniale chwile ktore mielismy... Żałoba po arabie nie dawała jej żyć. On nie chciał do niej wrócić. Potrzebowała towarzystwa, więc zgłosiła się do "przytulanki". zapytalem , by powiedziala mi szczerze, czy kogos ma...
Odpowiedziala twierdzaco... Jak zapytalem, czy wie, ze ja wciaz kocham, to nagle jakby sie zmienila na anty wobec mnie. Ech.. zrozum, ona nie chciała Twojej miłości. Potrzebowała koleżki, któremu mogłaby się wypłakać kiedy ma problemy z facetami. Koleżka który się zakochuje jest be. Ale gdy zapytalem, ze skoro ja taki super itd, a jego nawet nie
zna, i czy z nim chce byc, to powiedziala, ze ona moze chciec wiele, czytaj: powrotu araba... ...ale nie
wszystko od niej zalezy... czyt: powrót araba. Bo substytut nie dawał jej satysfakcji, nie mogła się zakochać na siłę, choć były momenty gdy próbowała. Wtedy było wam dobrze. wowczas nie wytrzymalem... miarka sie przebrala i
napisalem jej taka wiazanke, jakiej jeszcze nikomu chyba nie poslalem... Pozniej probowealem przeprosic, ale ona strasznie uczulona jest na slowa(nie dziwie sie-tez pewnie bym sie na wieki pogniewal). Odpisala, ze teraz sie umocnila w przekonaniu, ze zerwala ze mna i ze wlasciwa decyzje podjela kiedys. I niech to będzie koniec sprawy. Wyrwij jakąś fajną laskę, ale nie wchodź w związek póki o tej byłej nie zapomnisz. Inaczej "uszczęśliwisz" nową dziewczynę, jak ta poznana w necie Ciebie. To bylby koniec, gdyby nie fakt, ze wciaz ja kocham... Wiem, bedzie pewnie tu
mnostwo slow, ze jestem sobie sam winien za swoj niewyparzony jezor-wiem i nie wyrzekam sie swojej winy. Nie o to chodzi, ze chce ja odzyskac. poradzcie mi jak ja znienawidzic... Poczytaj tu posty i zaakceptuj ją. Powiedz sobie "fuck, nie udało się, oboje popełnialiśmy błędy, nie winię jej, wybaczam, nie mam żalu i życzę sobie oraz jej byśmy założyli nowe związki." Tak będzie łatwiej. Akceptacja nieudanej miłości wyzwoli Cię do cierpień. PS. Zapomnialem dodac, ze na poczatku tego zwiazku dowiedzialem sie, ze jej
matka nie chciala sie ze mna spotkac,, bo niby cos zlego o mnie wiedziala(pozniej okazalo sie ze to nie o mnie chodzilo), jak rowniez to, ze jestem biedny... Totez jakos w zartach zaczalem mowic, ze slub wezmiemy,jak zarobie na dom i zycie...czyli min. 5 lat. ZAZNACZAM-to byly zarty. Ale ona-moja ex wkrecila to sobie na serio... Nie wkręciła, ale użyła to jako kluczowy argument przeciw Tobie. Nie ważne po co. Zapomnij o tym bagnie. PPPS. Mowila, ze mnie kocha... we wakacje,jak sie zeszlismy juz tego nie
powiedziala ani razu... Wtedy bylem juz dla niej tylko cieniem. Jednego dnia kochała, drugiego była obojętna. To jedna z głupich pip, które nie wiedzą czego chcą, miotają się w myślach i w kontaktach z facetami. Teraz jest wysyp takich panien. Znaleźć normalną dziewuchę to sztuka. Ale tego Ci i sobie też życzę. Pozdr. MU |
| Flyer
|
Posted: 11 Lis 2006 07:52:41 Zapomnialem dodac, ze we wszystkich kwestiach bylismy idealnie dopasowani...
Swietnie sie dogadywalismy, znakomicie sie rozumielismy... W zasadzie to naprawde idealnie pasowalismy do siebie. I to nie tylko moje stwierdzenie, ale i jej, bo jeszcze kilka dni temu powiedziala, ze z nikim innym jej nie bylo tak swietnie, ze z nikim jeszcze tak dobrze sie nie rozumiala, ze z nikim nie przezyla tylu przygod i takich milych sytuacji... Dodam rowniez, ze mielismy nawet okres, gdzie przez wiekszosc czasu, to mieszkalem u niej-do domu jezdzilem jedynie po dokumenty lub ciuchy. A ze miala trudny charakter(sama nieraz przyznala) to potwierdziala rowniez i to, ze nikt jej nie rozumial i nie znal tak dobrze jak ja... Czemu tak szybko zrezygnowala? :( Czemu , skoro bylem taki ok i bylo jej ze mna dobrze, to pomimo wszystko z tego zrezygnowala? No i po co mnie przez 3mies nakrecala i dawala mi nadzieje, zeby pozniej stwierdzic, ze ma kogos... :( ;)) Trzeba było spytać o poprzednie związki. Na pewnym etapie życia ludzie uczą się życ samotnie i/lub unikać sytuacji stresujących typu "partner". Mz. zbliżyłeś się dla niej [I DLA SIEBIE!!!] zbyt szybko i na siłę, co wywołało odruchy obronne. I tyle. Mz. teraz to przesrane - musiałbyś odczekać jakiś czas spokojnie. Flyer |
| chrabcio
|
Posted: 1 Lip 2005 08:16:27 Homoseksualizm jak najbardziej występuje w naturze, nie tylko u homo
sapiensów. Więc to kryterium odpada, bo jest zgodny z naturą. najgłupszy i najbardziej idiotyczny argument jaki można usłyszeć w tego typu dyskusjach, zdajesz sobie sprawę jak łątwo go obalić i jakie durne niesie z sobą skutki? pomyślałaś przez chwilę zanim to napisałaś? IMHO nie wydaje mnie sie.... viva Europa, nasz zasciankowy kraj powinien sie uczyc co to znaczy byc europejczykiem, niedlugo haslo Szaranowicza o Szurkowskim stanie sie faktem i codziennością :) wyobrazcie sobie sytuacje jak dwoch "rodziców" (mama Stefan i tato Roman) idą do dwóch "rodziców" (mama Zygmunt i tato Staszek) żenić swoje dzieci (syn Romuald i "córka" Adam) a na weselu sami homo homo.... a dzieci będą produkowane w fabrykach.. na szczescie wszelakie swiatowe eksperymenty i dewiacje byly juz dawno przecwiczone i jakos nie przetrwały - natura zawsze sobie radziła - vide Sodoma i Gomora, albo czystość rasy aryjskiej... jak mawiał jeden inżynier - "rura wydechowa ma inne zastosowanie niz pchanie w nią tłoka" ... |
| Anna M. Gidyńska
|
Posted: 1 Lip 2005 08:30:47 On Fri, 01 Jul 2005 10:16:27 +0200, in pl.soc.rodzina chrabcio wyobrazcie sobie sytuacje jak dwoch "rodziców" (mama Stefan i tato
Roman) idą do dwóch "rodziców" (mama Zygmunt i tato Staszek) żenić swoje dzieci (syn Romuald i "córka" Adam) a na weselu sami homo homo.... a dzieci będą produkowane w fabrykach.. Dziwne. Odniosłam wrażenie, że małżeństwa aranżowane przez rodzinę są rzadkością w naszej szerokości geograficznej. jak mawiał jeden inżynier - "rura wydechowa ma inne zastosowanie niz
pchanie w nią tłoka" ... Dopóki to nie Twoja, umm, rura wydechowa, to co Cię to (pun intended) boli? amg |
| Dunia
|
Posted: 1 Lip 2005 08:56:42 najgłupszy i najbardziej idiotyczny argument jaki można usłyszeć w tego
typu dyskusjach, zdajesz sobie sprawę jak łątwo go obalić To obal. Czekamy. i jakie durne
Durnota to akurat Ty sie tu popisujesz. Zastanow sie moze najpierw, o czym tu dyskutujemy. Bo chyba nie o roli homoseksualnych zachowan w stadzie szympansow, nieprawdaz ? D. |
| Dorota D.
|
Posted: 16 Wrz 2005 06:03:34 To oczywiście nie jest odniesienie do mojej wypowiedzi, nie?
Masz rację, to było. Chodziło mi o to, że raczej wolałabym skupić się na temacie wątku, a nie na wzajemnym czepianiu się, które jest już powoli "troszkę" OT. D. |
| Sky
|
Posted: 20 Mar 2006 13:30:04 Nożyczki Pana Boga Jak rozwiązać małżeństwo w Kościele Najbardziej zdziwiły mnie dwie liczby. Pierwsza - 143. Tyle par w roku 1988 w Polsce zabiegało o kościelne orzeczenie nieważności małżeństwa. I druga - 4576. To liczba starań o stwierdzenie nieważności w roku 2003. - Ojej, jaka to różnica - nawet ksiądz z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego był zdumiony. Ludzie zabiegają dziś o uzyskanie orzeczenia o nieważności małżeństw jak o bilety na mundial. I przeważnie dostają je łatwiej niż te bilety. - Dlaczego? - pytam kanonistę biskupa Tadeusza Pieronka. - Przyczyn jest kilka. Ludzie mają coraz większą świadomość swoich praw, Kościół jest ku nim pochylony bardziej niż kiedykolwiek. Ale główną przyczyną jest słabość ludzka. Efekt rewolucji seksualnej końca XX wieku. Ludzie zatracili poczucie tego, co rządzi człowiekiem. Głowa czy coś innego. Proszę księdza! Mąż kłamie! Jolanta Łuczak (lat 53, urok Grażyny Szapołowskiej, smakowita jak różowe ciastko z pianką, protetyk, Warszawa) cedzi kawę plujkę. - Kościół, proszę pani, robi ludzi w bambuko. Mnie osobiście zrobił straszne świństwo. Więc obraziłam się na Boga i Kościół. Na boku, do mnie: - Na Boga już się nie gniewam. Do dyktafonu: - Ksiądz przewodniczący wiedział, że strasznie cierpię i płaczę, że moja matka się pochorowała. Ale podpisał orzeczenie o nieważności. W wyroku stało napisane: "W Imię Pańskie, Amen". I dalej, że nasze małżeństwo nigdy nie istniało. Ja się pytam: co nie istniało? Moja suknia ślubna czy jego garnitur szyty trzy miesiące u krawca? Bukiet storczyków, ładna pogoda w dzień ślubu, wspólne łóżko przez 20 lat czy prasowanie koszul? Może nie było naszej miłości? Nagle Pan Bóg mnie gumką ze swoich boskich ksiąg wymazał? Pismo przyszło w lutym 2003 roku. "Powiadomienie o dekrecie ustalającym przedmiot sporu". Okrągła czerwona pieczęć Sądu Metropolitalnego Warszawskiego, bazgroł w miejscu podpisu kościelnego notariusza. Jolanta Łuczak przeczytała list jeszcze przy skrzynce. Jej były mąż chciał orzeczenia o nieważności małżeństwa. Po pierwsze, dlatego że jego zdaniem oboje byli niezdolni do podjęcia obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej (kanon 1095). Po drugie, z powodu "wykluczenia potomstwa przez niewiastę". - Jezus Maria, co to znaczy? Nic nie rozumiem - rozpłakała się. Sąd Metropolitalny Warszawski odrzucił od razu powód wykluczenia potomstwa. Jolanta Łuczak: - Kościół już dawno udzielił mi rozgrzeszenia z powodu tamtej aborcji. A potem dziecka nigdy nie wykluczaliśmy. Po prostu za długo odkładaliśmy decyzję o jego poczęciu. Podczas przesłuchania w sądzie kościelnym płakała bez przerwy. - Nie widzę podstaw do unieważnienia naszego małżeństwa, proszę księdza - wycierała łzy. - 18 lat żyliśmy w zgodzie jako mąż i żona. To nie był ślub na wariata. Znaliśmy się. Nie było przymusu. Nie ma mowy o niedotarciu, nieporozumieniu. Co to znaczy, że byliśmy psychicznie niezdolni do podjęcia obowiązków? Proszę księdza! Mąż kłamie. Pisze, że jest ortodoksyjnym katolikiem. A my chodziliśmy do kościoła co niedzielę z przyzwyczajenia. Że nie opuścił mnie dla innej kobiety. A miesiąc po rozwodzie cywilnym ożenił się po raz drugi. Że zadbał o mnie. A ja od siedmiu lat walczę z nim o podział majątku w sądzie. Mieszkali ze sobą od 1973 roku. W piątym roku znajomości zaszła w ciążę, on kończył właśnie stomatologię, ona pracowała jako protetyk. Uklęknął przed nią. - Błagam, usuń - płakał. - Matka mnie zabije, jak się dowie (mieli wtedy po 25 lat). mówiła się z lekarzem na najbliższą środę. Usunęła. W 1980 roku postanowili się pobrać. - Jestem taki szczęśliwy - powiedział przed wyjściem do kościoła. Cud, miód i orzeszki, Jolanta Łuczak 20 lat później będzie opisywała przed sądem kościelnym swoje małżeństwo. Ani jednej kłótni i zdrady. On leczył zęby pacjentom, ona robiła im protezy. Zamożni. Wyjechali do Monachium pracować w zawodzie. Stali się jeszcze bogatsi. BMW, dobry sprzęt stereo, wygodny materac. Dzieci nie mieli. - Mój macho - mówiła o nim Jolanta. Pod koniec lat 90., kiedy mieli oboje po 46 lat, mąż zakochał się w stomatolog młodszej o 20 lat. - Rozwodzimy się - powiedział do żony. W trakcie procesu o unieważnienie małżeństwa wezwano ją na badania do biegłej psycholog. Poradziła jej: - Niech pani da spokój z tym mężem. Niech pani pisze wiersze. Wyrok pierwszej instancji zapadł w czerwcu 2005 roku. Małżeństwo Jolanty Łuczak zostało uznane za nieważne z winy obu stron. Pochyla się nad dyktafonem. - To świństwo, pani redaktor. Kościół mnie skreślił. Mój związek dla niego nie istnieje. A ja się z tym nie zgadzam. Ja przysięgałam przed Bogiem szczerze. Wiem, że mój mąż chce ponownie stanąć przed ołtarzem. Jak to możliwe, że Kościół się na to zgodzi? Skoro raz był niezdolny psychicznie do zawarcia małżeństwa, to czemu ma mieć taką możliwość po raz drugi? Poprosiła o pomoc biuro porad kanonicznych. Odwołują się w jej imieniu od wyroku do sądu drugiej instancji. Sprawa jest w toku. Jeśli nie uda się zmienić wyroku, Jolanta zwróci się do Roty Rzymskiej - trybunału w Watykanie. - Do samego papieża pójdę - mówi. - Wytłumaczę mu, że jak Kościół tak łatwo będzie udzielał unieważnień, to wkrótce padnie. Rozwodów nie ma W Kościele katolickim na całym świecie w roku 2002 odbyło się 56 tysięcy rozpraw w sądach pierwszej instancji. Aż 80 proc. z nich skończyło się orzeczeniem o nieważności małżeństwa. Mistrzami świata są mieszkańcy Ameryki Północnej - 31 tysięcy udowodnionych tytułów nieważności. Po nich jest Europa - 9 tysięcy. W Kościele katolickim nie ma rozwodów. Sakrament małżeństwa jest nierozerwalny. Może się jednak zdarzyć, że został nieważnie zawarty. Żona płaci, ksiądz radzi Dorota Karolkiewicz (lat 40, chłód szlachetnej stali, smak gorzkiej, wykwintnej czekolady, wysokie stanowisko w firmie marketingowej, Wrocław) zastanawia się, jak w kilku zdaniach opowiedzieć reporterowi 13 lat małżeństwa. W kawiarni jest gwar, herbata stygnie w dzbanku, ludzie przeciskają się do toalety. Trudno się skupić. Tych 13 lat opowiadanych obcej osobie brzmi niewiarygodnie. Zacznie od końca. Pierwsza wizyta w sądzie metropolitalnym trzy lata temu. Pokój z biurkami, zakonnice w miejscu sekretarek. Uprzejmy ksiądz tłumaczył, jak złożyć skargę powodową, jaki powinien być margines na stronie (szeroki, żeby dokumenty wpiąć do akt), że Dorota Karolkiewicz powinna opisać swoje życie na maszynie do pisania, a tytuł nieważności on podpowie potem. Zapytała o koszty sprawy. Ksiądz o palcach pianisty złożył dłonie. - Hm. W zasadzie nie trzeba nic płacić - rozplótł palce. - Ale będziemy wdzięczni za cokolwiek. Postanowiła, że będzie płacić co miesiąc 150 zł. Na początku roku przelewa na konto trybunału 1800 zł od razu. Ksiądz notariusz podpowiedział: - Powodem pani starań o stwierdzenie nieważności małżeństwa powinien być kanon 1095 kodeksu prawa kanonicznego, czyli psychiczna niezdolność męża do podjęcia istotnych obowiązków i praw małżeńskich. Przesłuchania odbywały się co pół roku. Przysięgi na Pismo Święte przed każdym z nich. Najpierw ona. Potem mąż. Nie widzieli się nigdy, byli wzywani osobno. Świadkowie. Ona znalazła kilku, na jego korzyść nie chciał zeznawać nikt. Badali ich biegli psychologowie. Mąż rozmawia z Bogiem Ostrzegali ją. Rodzice, że dziwnie mu z oczu patrzy (- Jesteście uprzedzeni, bo nie jest lekarzem - buntowała się Dorota). Przyjaciele, że dziwak (- Zazdrośnicy! Jest inteligentny, robi karierę naukową, przystojny, kocha mnie - mówiła). Kilka miesięcy przed ślubem powiedział jej: - Kocham cię nad życie, szanuję. Ale czasem jakiś wewnętrzny głos każe mi myśleć o tobie źle, każe poniżać. Znajomi psychologowie powiedzieli, że u narzeczonego występuje ambiwalencja (dwojakość, dwuwartościowość uczuć). - Ale wielu ludzi tak ma - pocieszyli. Pomyślała: przejdzie mu. Nie mieszkali razem. Czasem wpadał do niej na tydzień. Kwiaty, kolacja przy świecach, czytanie poezji na głos. Nie prała mu skarpet, nie sprzątali razem mieszkania. Tak naprawdę się nie znali. Miała 24 lata, on 30, chodzili ze sobą od trzech lat, gdy wzięli ślub cywilny. Katolicy, ale niepraktykujący. Uznali jednak, że chcą też ślubu kościelnego. Po pół roku dali na zapowiedzi. Mąż Doroty interesował się różnymi wyznaniami. Czytał Biblię, Torę, Koran. Lubili rozmawiać o tym, czym jest prawdziwa wiara. Ale nie byli gorliwymi katolikami. Rzadko w kościele, żadnych modlitw przed snem. Jego fanatyzm rósł powoli. Coraz częściej powoływał się na Boga, cytował Pismo Święte, zaczął pisać listy, w których mieszał własne myśli z tezami ojców Kościoła, papieża i filozofów. Wysyłał je do rodziny i znajomych. W końcu wyznał, że rozmawiał z Bogiem i może być zbawicielem. Kiedy oświadczył córce, że w mamie jest demon, którego może wypędzić tylko tata, Dorota poprosiła męża, żeby poszedł do psychiatry. Nie zgodził się. Pięć lat temu postanowiła wziąć rozwód. Zagroził jej wiecznym potępieniem, grzechem śmiertelnym. Sąd cywilny rozwiązał ich małżeństwo, orzekł winę męża. - Rozwód cywilny jest dla mnie nieważny. Przed Bogiem i tak będziemy mężem i żoną - powiedział. - Przysięgałaś mi przed ołtarzem. Poszła do znajomego księdza. - Czy tak powinna wyglądać prawdziwa wiara? - spytała. - Jeśli nie, proszę mi pomóc. Muszę wytrącić mu z ręki argumenty, pokazać, że Kościół jest po mojej stronie. Po trzech latach sąd pierwszej instancji skończył pracę. Uznał małżeństwo Doroty za nieważne. Czeka teraz na wyrok drugiej instancji. Biskup tłumaczy kanon Do czasów Soboru Watykańskiego II (lata 60.) uzyskanie orzeczenia o nieważności małżeństwa było bardzo trudne. Chyba że się udowodniło, że para ze sobą nie współżyła (non consumatum). Po soborze pierwsi furtkę uchylili Amerykanie. - Stwierdzili, że w Kościele nie bierze się pod uwagę osiągnięć współczesnej medycyny, której założeniem jest, że zdrowy psychicznie człowiek może nie być zdolny do podjęcia tak ważnej decyzji, jaką jest zgoda na trwały związek - mówi kanonista biskup Tadeusz Pieronek. Księża w USA zaczęli w sposób masowy orzekać nieważność małżeństw. Niezgodnie z kodeksem prawa kanonicznego, bez oglądania się na Watykan. W latach 70. Kościół przyznał im jednak rację. Złagodzono i przyspieszono proces orzekania nieważności małżeństw. Ale prawdziwa lawina ruszyła w 1983 roku. Wtedy w nowym kodeksie prawa kanonicznego pojawił się kanon 1095. Za niezdolnych do zawarcia małżeństwa zaczęto uznawać także tych, którzy "są pozbawieni wystarczającego używania rozumu, mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych lub z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich". - Nie rozumiem tego kanonu - mówię biskupowi Pieronkowi. - To język prawniczy. Człowiek musi wiedzieć, czym jest małżeństwo. Powinien nauczyć się tego choćby w domu rodzinnym. Jeśli jest inaczej, podczas zawarcia ślubu narzeczony wyraża zgodę na coś, o czym nie ma pojęcia. Śmieszne? Może. Ale znam przypadki, gdy dziewczyny wychodziły za mąż, wierząc, że dzieci przynosi bocian. Kanon jest pojemny jak studnia. Może dotyczyć na przykład egoistów i leniów, którzy uporczywie odmawiają wykonywania jakichkolwiek obowiązków w małżeństwie. Albo maminsynków, dla których mąż lub żona są zawsze na drugim planie. Ale też tych, którzy mają tak głębokie braki we własnej świadomości, że wydaje im się naturalną rzeczą bycie panami w małżeństwie. Przykładów są setki. - Braki w sferze etyki nie skutkują orzeczeniem nieważności - mówi biskup Pieronek. - To muszą być braki w sferze rozumienia zobowiązań, jakich się podjęli. Ocena tego należy do biegłych psychologów i psychiatrów. Drugi najpopularniejszy kanon dotyczy symulacji zgody małżeńskiej. Powołują się na niego ci, którzy na przykład już przed ślubem zakładali, że nie będą chcieli mieć dzieci (celem małżeństwa jest przecież zrodzenie i wychowanie potomstwa). Przysięgali przed ołtarzem wierność, ale zakładali, że znajdą sobie kochanki (małżeństwo ma uśmierzyć pożądliwość). Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się lepsza partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc). Ponad 90 procent skarg powodowych składanych w sądach kościelnych opiera się dziś na kanonie 1095 i tym o symulacji. Kościół próbuje opanować szaleństwo kanonu 1095. Jan Paweł II w styczniu 2005 roku w instrukcji "Dignitas Connubi" ("Godność małżeńska") sprecyzował, że niezdolność psychiczna powinna dotyczyć poważnej anomalii, a nie zwykłej wady charakteru. Odrzucił pojawiające się propozycje uznawania za nieważne związków całkowicie nieudanych. Polecał też ujednolicenie procedur w sądach kościelnych. Przestrzegał, że "interesy indywidualne i zbiorowe mogą skłonić strony do uciekania się do kłamstwa, a nawet korupcji w celu osiągnięcia pozytywnego dla siebie orzeczenia". - Czy sądy kościelne są nieomylne? - pytam biskupa Tadeusza Pieronka. - Błądzić jest rzeczą ludzką - odpowiada. - Dlatego dopuszczamy do siebie myśl, że sąd może się mylić. Żona na Gadu-Gadu Grzegorz Bańkowski (lat 45, niewysoki, głos lektora kronik filmowych, na zasiłku rehabilitacyjnym, Łódź) jest na początku drogi. Był już przesłuchiwany przez księdza. Ma znaleźć świadków. Nie wierzy w to, że sąd kościelny mógłby znaleźć jakąkolwiek przyczynę nieważności. Gdyby jednak - nie będzie się bronił. Żona go nie chce. I nawet Bóg tego nie zmieni. Gdy ją zobaczył pierwszy raz, pomyślał, że jest doskonała. Młodsza o 16 lat. Był jej szefem. Produkował i sprzedawał okna. Zerwał z konkubiną (byli ze sobą 18 lat) i zabiegał o nową dziewczynę przez rok. Zaprosił ją do Paryża w sylwestra 2000. Była noc z piątku na sobotę. - Zostaniesz moją żoną?! - przekrzykiwał huk sztucznych ogni. - Tak! Kilka dni przed ślubem przyszły teść wziął go na bok. - Pamiętaj, Grzesiu, masz ostatnią szansę, żeby się wycofać. Bo widzisz, u nas, synu, rozwodów nie ma. Kapewu? - poklepał go po plecach. Wiedział, że w rodzinie, w której wszyscy wieczorem w dużym pokoju odmawiają różaniec przed obrazem Najświętszej Panienki, to nie są żarty. Zresztą on sam, obojętny ateista, pod wpływem narzeczonej po 25 latach zaczął chodzić z przekonaniem do kościoła. Bajka. Słodka do mdłości bajka. Pół roku przygotowań do ślubu. Cadillac czy karoca? Suknia z koronką czy tafta? Łosoś czy homary? Wesele w zameczku króla Jana Sobieskiego nad morzem, pokoje dla gości, a przy wejściu gospodarze ofiarowali młodej parze białe pudło, z którego wyleciały w niebo gołębie. Kupili nowy dom. Nurkowali w Egipcie, pili wino w Toskanii, robili zakupy w Paryżu. Po dwóch latach on stracił cały majątek. Nieuczciwy wspólnik uciekł z pieniędzmi i zostawił go z długami. Ona poroniła w trzecim miesiącu. Sprzedali dom, wynajęli mieszkanie. Znalazła pracę, on zaczął wszystko od zera. Szło dobrze. Wystarczyło nawet na Egipt. Trzy dni przed czwartą rocznicą ślubu ona zażądała rozwodu: - Odchodzę od ciebie. Nie pytaj dlaczego. Poznałam kogoś na Gadu-Gadu, ale to nie ma znaczenia. I tak bym odeszła. Namówił ją na wizytę w przykościelnej poradni rodzinnej. - Czuję się niekochana - mówiła do psycholog, starej kobiety w burym swetrze. - Kocham żonę - popłakał się wtedy jak dzieciak. - Nauczyłem się dla niej gotować, sprzątać. Jak odejdzie, świat mi się skończy. Rozwiedli się dwa miesiące później. Zastygł. Nie pracował, nie jadł. Lekarze zdiagnozowali ciężką depresję. Spędził miesiąc w szpitalu psychiatrycznym. Przeszedł na zasiłek rehabilitacyjny. - Ślub kościelny - mówił podczas spotkań terapeutycznych. - Tylko to mnie trzyma. Nić jest nieodcięta. Moja żona jest moją żoną. Rok później znalazł w skrzynce na listy pismo z trybunału metropolitalnego. Żona żądała kościelnego orzeczenia o nieważności małżeństwa. Proces za 1000 złotych Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia. Weźmy choćby nomenklaturę. W Polsce są 44 diecezje. Każda może nadać inną nazwę swojemu sądowi. Mówimy więc "sąd kościelny" albo "biskupi". Ale tam, gdzie jest siedziba biskupa, dobrze jest mówić o "trybunale metropolitalnym" lub "sądzie metropolitalnym". Chociaż jak pozostaniemy przy nazwie "sąd kościelny", też będzie dobrze. Do trybunału nie składa się pozwu (jak w prawie cywilnym), tylko skargę powodową. I nie należy pisać w niej "Szanowny Biskupie" tylko "Prześwietny Trybunale". Darmowej pomocy udzielają kościelne kancelarie prawne i księża notariusze w trybunale. Koszty sprawy też nie są określone żadnymi przepisami. Czasem należy przedstawić zaświadczenie o zarobkach, nieraz sąd prosi o zapłatę "co łaska". Proces w pierwszej instancji nie powinien jednak kosztować więcej niż 1000 złotych. Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego w 1946 roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów). Ale można poprosić o pomoc prywatne biura porad kanonicznych, które pomagają przejść procedurę sądową. Przygotowują do przesłuchania, odwołują się od wyroków, w razie potrzeby jeżdżą do Watykanu do Roty Rzymskiej. Koszt sprawy zależy od zamożności klienta, ale nie powinien być wyższy niż sprawy o rozwód w cywilnych kancelariach prawnych. Kościół radzi patrzeć ostrożnie na podobne biura. Niektóre diecezje ostrzegają przed nimi jako naciągaczami. To będzie kłamstwo Czesława Górniczyk (lat 48, ciepła jak puchowa kołdra, zęby palaczki, zdarty głos, recepcjonistka w motelu, wieś J. niedaleko Kołobrzegu) chciała orzeczenia o nieważności małżeństwa z dwóch powodów. Najważniejszego. Zakochała się z wzajemnością w szkolnym koledze z tej samej wsi. Oświadczył się jej jeszcze w 2000 roku. Przyjęła oświadczyny pod jednym warunkiem: przysięgnie mu przed ołtarzem. Ale jak Kościół uzna, że jej poprzednie małżeństwo było ważne, będą musieli się rozstać. Gdyby wzięła z nim tylko ślub cywilny, do końca życia nie mogłaby przystępować do komunii, ksiądz nie udzieliłby jej ostatniego namaszczenia. A wbrew Bogu nie mogłaby żyć. Mniej ważny powód to ludzkie języki i oczy. Na wsi śledziły ją wszędzie. Na zabawie wzgardliwe i niechętne (patrzcie, ta rozwódka przyszła naszych chłopów kusić), na spacerze wścibskie (patrzcie, idzie sama na spacer, wiadomo po co). Miała dość. W 2000 roku w skardze powodowej zapisała 15 stron. Ksiądz, który ją przyjmował w trybunale metropolitalnym, przeczytał jej pismo i zapytał: - Po co pani w ogóle wychodziła za tamtego człowieka? I podpowiedział: - Widzę szansę na orzeczenie nieważności z tytułu niezdolności psychicznej męża do podjęcia obowiązków małżeńskich. Możemy też podać, że była pani przymuszona do ślubu z powodu ciąży. Przestraszyła się: - Nie. To będzie kłamstwo. Ojciec mówił, że nie muszę za niego iść. Żona słucha głosu z rury Pierwszy stosunek w życiu. Pierwszy raz, dosłownie. Na próbę, żeby zobaczyć, jak to jest. Czesia miała 18 lat, była uczennicą technikum krawieckiego (dojeżdżała z J. do Kołobrzegu). Jego poznała na zabawie. Przystojny, elegancki - najmniejszy paluszek z dłuższym paznokciem odginał zawsze od kieliszka, cmykał zębem, jeździł na motorze, nosił baki. Dziewczyny za nim piszczały. Czesia też. Więc na pierwszy stosunek wybrała właśnie jego. I zaskoczyła. Tak powiedziała siostrze w tajemnicy: - Kaśka! Chyba zaskoczyłam, nie mam okresu! Kaśka, ojciec mnie zabije. Mama domyśliła się po siedmiu miesiącach. Był czwartek, w telewizorze leciała "Kobra": - Coś ta nasza Czesia stęka przy siadaniu i pomidory jej śmierdzą. Córuś, Jezus Maria i wszyscy święci, czy ty aby w ciąży nie jesteś? Ojciec, ku zaskoczeniu rodziny, powiedział: - Czesławo, nie chcesz, nie idź za niego. Ryczała przy piecu. Panna z dzieckiem na wsi? Taki wstyd. Postanowiła, że pójdzie za niego. Pierwszy raz skopał ją jeszcze przed ślubem. Walił pięściami po brzuchu, kopał po łydkach. Bił bez słów, pijany. - Po ślubie mu minie - powiedziała do swojego odbicia w lustrze, gdy płukała twarz zimną wodą. Kiedyś zaczął bić Czesię na ulicy. Okładał pięściami po głowie. Zasłoniła twarz. Przechodził patrol milicji. Salut do czapek. - Co się dzieje, obywatelu? Czemu bijecie obywatelkę? Wrzasnął: - Nie wasza zasrana rzecz! Żonę uczę porządku. Sprawy rodzinne. - A to przepraszamy - znów salut. Była bez przerwy gotowa na atak. Nocą, gdy wracał pijany z restauracji w Kołobrzegu, gdzie grał na trąbce. W dzień, kiedy miał zły humor albo jedna z dwóch córek była za głośno. Znikąd pomocy. Była połowa lat 80. Ksiądz poradził jej w konfesjonale, żeby niosła swój krzyż z godnością. Urzędniczki w gminie rozkładały ręce. Sąsiad próbował raz interweniować - mąż go pobił. Próbowała odejść. Padł na kolana. Przysięgał, że się zmieni. Napisał: "Nie będę już nigdy bił Czesławy Górniczyk, mojej żony, poniżał jej ani jej szkodził. A gdybym to zrobił, nie będę miał pretensji, że żona z dziećmi odejdzie". Pieczątkę na piśmie przybił wójt gminy. Ale bił nadal. Zbierała od lekarzy dokumenty z opisami obdukcji. Modliła się żarliwie co noc. Którejś nocy usłyszała głos. Głęboki, czysty, jakby dobiegał z długiej rury: - Odejdź od niego. - Jak to? Przysięgałam mu przed ołtarzem, że będę z nim na dobre i na złe - wyszeptała. - Nie po to dałem ci rozum, żebyś się dała zabić. Wyprowadziła się na wieś, do rodziców, po dziesięciu latach małżeństwa. Rozwód cywilny z orzeczeniem o jego winie dostała rok później, w 1987. Podczas procesu przed trybunałem metropolitalnym znalazła dziewięciu świadków. Mąż dwoje. Zbadał ją biegły psycholog (męża też). Potem na pół roku zapadła cisza. Niecierpliwiła się, czemu to trwa tak długo. Dzwoniła co miesiąc. Słyszała: - Ksiądz oficjał jest chory. Cierpliwości. - Ksiądz obrońca pojechał do siostry. Cierpliwości. - Jest pani w pierwszej setce do rozpatrzenia. Cierpliwości. Wyrok przyszedł po czterech latach, jesienią 2004. Małżeństwo było nieważne. Zimą 2005 roku sąd drugiej instancji to potwierdził. Ślub z narzeczonym wzięła cztery miesiące później. Skromny, cichy. Ale kapelusz do sukni zamówiła w mieście u najlepszej modystki. Taki, jakie noszą angielskie damy podczas wyścigów konnych. - Jaka to ulga - opowiada - tak iść przez wieś z podniesioną głową. Kłaniają mi się nawet teraz ci, co przez lata rozwódki nie zauważali. Słyszałam też, że u nas, w J., już dwie osoby starają się o orzeczenie nieważności małżeństwa. Rzym przemówił, sprawa skończona Sprawy o orzeczenie nieważności ciągną się jak guma. Nie ma procedur określających ich długość. Mogą skończyć się po pół roku albo po 25 latach. - Sądy kościelne działają na piechotę - mówi Krzysztof Czachor-Borkowski, szef biura porad kanonicznych Media Service. - W niewielu są komputery. Żadne nie wysyłają listów poleconych. Jeśli list po drodze zginie, sprawa może zatrzymać się na lata. Sądy mają krótki czas urzędowania. Księża zasiadający w trybunale to przeważnie prześwietne osoby, profesorowie prawa, psychologii, nauczyciele akademiccy. A więc ludzie zajęci. I mają mało czasu dla spraw sądowych. Powód i pozwany nie uczestniczą nigdy w rozprawach sądu. Są tylko przesłuchiwani. W skład zespołu sędziów wchodzi zawsze obrońca węzła małżeńskiego, który ma udowodnić, że małżeństwo jest ważne. Wyrok sądu pierwszej instancji musi być zatwierdzony przez sąd drugiej instancji. Jeśli decyzje trybunałów są różne, wiążący jest wyrok wydany w drugiej instancji. Niezadowoleni z wyroku mogą odwołać się do watykańskiego trybunału - Roty Rzymskiej. Od jej decyzji nie ma odwołania (Roma locuta, causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona). Czasem, gdy przyczyną rozstania była wyjątkowa brutalność jednego z małżonków, sąd kościelny nie zezwala jednej ze stron na ponowne zawarcie sakramentu. To będzie oszustwo Anna Matka (lat 34, drobne dłonie, sylwetka porcelanowej lalki, malarka, Gdańsk) uważa dziś, że Kościół udziela ślubów bezrefleksyjnie. Chcecie? No to bierzcie. Przynieście świadectwo chrztu, bierzmowania, pieczątki z nauk przedmałżeńskich i już. Mąż i żona. Fabrycznie nowi, czyści i lśniący. A co z wnętrzem młodej pary? Ich nikt nie sprawdził, czy są gotowi do małżeństwa, nie było rozmów, ankiet, badania osobowości (w Stanach Zjednoczonych Kościół katolicki sprawdza w ten sposób nowożeńców). Nikt im nie mówił, że narzeczeni w trakcie ślubu sami sobie udzielają sakramentu, a ksiądz jest tylko świadkiem. Dlaczego spotkania przedmałżeńskie trwały tylko miesiąc? Czemu nikt nie zbadał, jak głęboka jest ich wiara, tylko gadał przez cztery spotkania o naturalnych metodach antykoncepcji - jakby to było najważniejsze dla Boga. Ich ślub to było szaleństwo. Początek lat 90. Na jej roku każdy chciał się żenić. Na przekór stereotypom, że artyści żyją na kocią łapę. Pod koniec studiów nie było już prawie wolnych osób. Taka była moda. Mieszkamy ze sobą od roku, kochamy się, nie? To co nam szkodzi wziąć ślub? - Ale tylko kościelny - zastrzegała ze śmiechem. Rodzice stawiali lekki opór: - Po co się od razu żenić? Pomagamy wam, skończcie najpierw studia. Suknię Anna kupiła w najlepszym centrum handlowym w Krakowie (tam studiowali, pochodzą ze wschodu Polski). Bufiastą, z falbanami a la księżna Diana. Szczyt mody. Wytrzymali ze sobą siedem lat. Bez dzieci - bo najważniejsza była kariera. Bez majątku - bo malarze przeważnie są biedni. Bez pretensji, że mąż Anny okazał się alkoholikiem. Bez żalu. Nie brali rozwodu cywilnego, bo nie brali cywilnego ślubu. Dla urzędników żyli po prostu siedem lat na kocią łapę. Spotkali się dwa lata temu. - Słuchaj, a może postaramy się o rozwód kościelny? - zaproponowała Anna. - Będziemy na czysto z Kościołem. Papiery do sądu metropolitalnego złożyli razem. Długo zastanawiali się nad powodem unieważnienia małżeństwa. - Twój alkoholizm - powiedziała Anna Matka do byłego męża. - Kurczę, w papierach to zostanie - oponował. - Napiszmy lepiej, że nigdy nie chcieliśmy mieć dzieci. - To będzie małe oszustwo. My wtedy po prostu nie myśleliśmy o tym. Ale zgodziła się. W skardze powodowej podali tytuł "symulacja zgody małżeńskiej". On został wezwany na przesłuchanie w Krakowie, przed oblicze trzech księży. - Niemiło było - mówił do niej przez telefon. - Czułem się jak na przesłuchaniu o morderstwo. Ona trafiła do Gdańskiego Trybunału Metropolitalnego. - Miło było - zadzwoniła do niego. - W malutkim pokoju był ksiądz, komputer na biurku i ja. Ksiądz miał listę pytań. Około stu. Niektóre intymne. Jakich zabezpieczeń używaliśmy przed ciążą, jak się kochaliśmy. Ksiądz był zmieszany, przysięgłabym, że się rumienił. Pytał mnie też o twoją rodzinę, dziadków. Czy się kochacie, czy jesteście patologią. Półtorej godziny to trwało. Teraz szukajmy świadków. Tylko pamiętaj, takich co nas znali już przed ślubem. Ksiądz mi wyjaśnił, że Kościół bierze pod uwagę tylko okres narzeczeństwa, moment ślubu i czas krótko po nim. Musi zbadać, czy nasz związek został ważnie zawarty. To, co się działo później, sądu nie obchodzi. Przesłuchania skończyły się we wrześniu 2005 roku. Anna czeka na wyrok pierwszej instancji. - Dziwna rzecz - mówi. - Nie zależy mi już na tym rozwodzie. Kiedy składaliśmy papiery, byłam pewna, że orzeczenie nieważności oczyści mnie. Że Bóg rozetnie swoimi nożyczkami łączącą nas nić. Ale uświadomiłam sobie, że to niczego nie zmieni. Ileś lat z tym mężczyzną przeżyłam. Mam już dziecko, żyję z innym człowiekiem, ale gdy ktoś pyta mnie o męża, moja myśl biegnie zawsze do tego pierwszego. http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,3218136.html?as=1&ias=10 |
| Grzegorz Z.
|
Posted: 20 Mar 2006 14:02:45 Cóż, niektórym pewnie wystarczy przytoczenie jednego wersetu ze świętych zwojów by stwierdzić że problem nie istnieje. |
| Bernard
|
Posted: 20 Mar 2006 22:18:06 Nożyczki Pana Boga
Jak rozwiązać małżeństwo w Kościele Przeczytałem. Ubolewam. Każdy kolejny rzut oka na artykuł w Gazecie Wybiórczej czy Ich Dzienniku utwierdza mnie w słuszności mojej decyzji o nie czytaniu głupot. Żona płaci, ksiądz radzi
Fajny tytuł. Ciekawe, co ma bulwersować czytelnika - czy to, że ktoś komuś doradza, czy to, że ktoś płaci za poradę i czynności administracyjne. Jak powszechnie wiadomo, w sądownictwie cywilnym nie ma adwokatów a sądy pracują za darmo. Biskup tłumaczy kanon
Do czasów Soboru Watykańskiego II (lata 60.) uzyskanie orzeczenia o nieważności małżeństwa było bardzo trudne. Chyba że się udowodniło, że para ze sobą nie współżyła (non consumatum). Po soborze pierwsi furtkę uchylili Amerykanie. I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było możliwe z tych samych przyczyn. Księża w USA zaczęli w sposób masowy orzekać nieważność małżeństw.
Niezgodnie z kodeksem prawa kanonicznego, bez oglądania się na Watykan. W latach 70. Kościół przyznał im jednak rację. Złagodzono i przyspieszono proces orzekania nieważności małżeństw. Ale prawdziwa lawina ruszyła w 1983 roku. Wtedy w nowym kodeksie prawa kanonicznego pojawił się kanon 1095. Za niezdolnych do zawarcia małżeństwa zaczęto uznawać także tych, którzy "są pozbawieni wystarczającego używania rozumu, mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych lub z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich". - Nie rozumiem tego kanonu - mówię biskupowi Pieronkowi. No jasne. Ciekawe, czy autor skończył chociażby szkołę średnią. Za to biskup w dalszym ciągu próbuje go edukować i robi to bardzo sensownie. - To język prawniczy. Człowiek musi wiedzieć, czym jest małżeństwo. Powinien
nauczyć się tego choćby w domu rodzinnym. Jeśli jest inaczej, podczas zawarcia ślubu narzeczony wyraża zgodę na coś, o czym nie ma pojęcia. Śmieszne? Może. Ale znam przypadki, gdy dziewczyny wychodziły za mąż, wierząc, że dzieci przynosi bocian. Kanon jest pojemny jak studnia. Może dotyczyć na przykład egoistów i leniów, którzy uporczywie odmawiają wykonywania jakichkolwiek obowiązków w małżeństwie. Albo maminsynków, dla których mąż lub żona są zawsze na drugim planie. Ale też tych, którzy mają tak głębokie braki we własnej świadomości, że wydaje im się naturalną rzeczą bycie panami w małżeństwie. Przykładów są setki. - Braki w sferze etyki nie skutkują orzeczeniem nieważności - mówi biskup Pieronek. - To muszą być braki w sferze rozumienia zobowiązań, jakich się podjęli. Ocena tego należy do biegłych psychologów i psychiatrów. Drugi najpopularniejszy kanon dotyczy symulacji zgody małżeńskiej. Powołują się na niego ci, którzy na przykład już przed ślubem zakładali, że nie będą chcieli mieć dzieci (celem małżeństwa jest przecież zrodzenie i wychowanie potomstwa). Przysięgali przed ołtarzem wierność, ale zakładali, że znajdą sobie kochanki (małżeństwo ma uśmierzyć pożądliwość). Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się lepsza partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc). Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia. Weźmy choćby nomenklaturę. W Polsce są 44 diecezje. Każda może nadać inną nazwę swojemu sądowi. Mówimy więc "sąd kościelny" albo "biskupi". Ale tam, gdzie jest siedziba biskupa, dobrze jest mówić o "trybunale metropolitalnym" lub "sądzie metropolitalnym". Chociaż jak pozostaniemy przy nazwie "sąd kościelny", też będzie dobrze. No jasne, najlepiej niech dziennikarzyna postraszy tajemniczością nazw. A zamiast wygłupiać się mógłby popatrzeć na formalną nazwę instytucji. Do trybunału nie składa się pozwu (jak w prawie cywilnym), tylko skargę
powodową. I nie należy pisać w niej "Szanowny Biskupie" tylko "Prześwietny Trybunale". No jasne, przecież do sądu cywilnego pisze się "Szanowny Wojewodo" ;) Oczywiście pisać można jak się chce, a najlepiej normalnie. Nie wiem, po co te inwokacje, normalnie używa się słowa "sąd". Ale bez "prześwietnego" artykuł straciłby na sensacyjności. Ot, dziennikarskie prierduły. Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego w 1946
roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów). żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny. Najważniejszego. Zakochała się z wzajemnością w szkolnym koledze z tej samej
wsi. Oświadczył się jej jeszcze w 2000 roku. Przyjęła oświadczyny pod jednym warunkiem: przysięgnie mu przed ołtarzem. Ale jak Kościół uzna, że jej poprzednie małżeństwo było ważne, będą musieli się rozstać. Gdyby wzięła z nim tylko ślub cywilny, do końca życia nie mogłaby przystępować do komunii, ksiądz nie udzieliłby jej ostatniego namaszczenia. A wbrew Bogu nie mogłaby żyć. Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć. causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona). Czasem, gdy przyczyną
rozstania była wyjątkowa brutalność jednego z małżonków, sąd kościelny nie zezwala jednej ze stron na ponowne zawarcie sakramentu. Nie zezwala z wielu powodów. Z tym, że biskup, a nie sąd. Sąd może najwyżej obwarować małżeństwo warunkiem zezwolenia. A co z wnętrzem młodej pary? Ich nikt nie sprawdził, czy są gotowi do
małżeństwa, nie było rozmów, ankiet, badania osobowości (w Stanach No jasne. Nie było rozmowy przez ślubem, a przecież prawo kanoniczne takiej rozmowy bezwzględnie wymaga. Ktoś tu kłamie. Chociaż trzeba przyznać, że jakieś 40% artykułu brzmi całkiem sensownie i realistycznie. |
| Sky
|
Posted: 20 Mar 2006 22:27:12 Nożyczki Pana Boga Jak rozwiązać małżeństwo w Kościele Przeczytałem. Ubolewam. Każdy kolejny rzut oka na artykuł w Gazecie Wybiórczej czy Ich Dzienniku utwierdza mnie w słuszności mojej decyzji o nie czytaniu głupot. Żona płaci, ksiądz radzi Fajny tytuł. Ciekawe, co ma bulwersować czytelnika - czy to, że ktoś komuś doradza, czy to, że ktoś płaci za poradę i czynności administracyjne. Jak powszechnie wiadomo, w sądownictwie cywilnym nie ma adwokatów a sądy pracują za darmo. Biskup tłumaczy kanon Do czasów Soboru Watykańskiego II (lata 60.) uzyskanie orzeczenia o nieważności małżeństwa było bardzo trudne. Chyba że się udowodniło, że para ze sobą nie współżyła (non consumatum). Po soborze pierwsi furtkę
uchylili Amerykanie.
I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było możliwe z tych samych przyczyn. Księża w USA zaczęli w sposób masowy orzekać nieważność małżeństw. Niezgodnie z kodeksem prawa kanonicznego, bez oglądania się na Watykan. W latach 70. Kościół przyznał im jednak rację. Złagodzono i przyspieszono proces orzekania nieważności małżeństw.
Ale prawdziwa lawina ruszyła w 1983 roku. Wtedy w nowym kodeksie prawa kanonicznego pojawił się kanon 1095. Za niezdolnych do zawarcia małżeństwa zaczęto uznawać także tych, którzy "są pozbawieni wystarczającego
używania rozumu, mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i
obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych lub z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich". - Nie rozumiem tego kanonu - mówię biskupowi Pieronkowi. No jasne. Ciekawe, czy autor skończył chociażby szkołę średnią. Za to biskup w dalszym ciągu próbuje go edukować i robi to bardzo sensownie. - To język prawniczy. Człowiek musi wiedzieć, czym jest małżeństwo. Powinien nauczyć się tego choćby w domu rodzinnym. Jeśli jest inaczej, podczas
zawarcia ślubu narzeczony wyraża zgodę na coś, o czym nie ma pojęcia. Śmieszne? Może. Ale znam przypadki, gdy dziewczyny wychodziły za mąż, wierząc, że dzieci przynosi bocian. Kanon jest pojemny jak studnia. Może dotyczyć na przykład egoistów i leniów, którzy uporczywie odmawiają wykonywania jakichkolwiek obowiązków w małżeństwie. Albo maminsynków, dla których mąż lub żona są zawsze na drugim planie. Ale też tych, którzy mają tak głębokie braki we własnej świadomości, że wydaje im się naturalną rzeczą bycie panami w małżeństwie. Przykładów są setki. - Braki w sferze etyki nie skutkują orzeczeniem nieważności - mówi biskup Pieronek. - To muszą być braki w sferze rozumienia zobowiązań, jakich
się podjęli. Ocena tego należy do biegłych psychologów i psychiatrów.
Drugi najpopularniejszy kanon dotyczy symulacji zgody małżeńskiej. Powołują się na niego ci, którzy na przykład już przed ślubem zakładali, że nie będą chcieli mieć dzieci (celem małżeństwa jest przecież zrodzenie i
wychowanie potomstwa). Przysięgali przed ołtarzem wierność, ale zakładali, że znajdą sobie kochanki (małżeństwo ma uśmierzyć pożądliwość).
Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się lepsza partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc). Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia. Weźmy choćby nomenklaturę. W Polsce są 44 diecezje. Każda może nadać inną nazwę swojemu sądowi. Mówimy więc "sąd kościelny" albo "biskupi". Ale
tam, gdzie jest siedziba biskupa, dobrze jest mówić o "trybunale
metropolitalnym" lub "sądzie metropolitalnym". Chociaż jak pozostaniemy przy nazwie "sąd
kościelny", też będzie dobrze. No jasne, najlepiej niech dziennikarzyna postraszy tajemniczością nazw. A zamiast wygłupiać się mógłby popatrzeć na formalną nazwę instytucji. Do trybunału nie składa się pozwu (jak w prawie cywilnym), tylko skargę powodową. I nie należy pisać w niej "Szanowny Biskupie" tylko "Prześwietny Trybunale".
No jasne, przecież do sądu cywilnego pisze się "Szanowny Wojewodo" ;) Oczywiście pisać można jak się chce, a najlepiej normalnie. Nie wiem, po co te inwokacje, normalnie używa się słowa "sąd". Ale bez "prześwietnego" artykuł straciłby na sensacyjności. Ot, dziennikarskie prierduły. Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego w 1946 roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).
żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny. Najważniejszego. Zakochała się z wzajemnością w szkolnym koledze z tej samej wsi. Oświadczył się jej jeszcze w 2000 roku. Przyjęła oświadczyny pod
jednym warunkiem: przysięgnie mu przed ołtarzem. Ale jak Kościół uzna, że jej
poprzednie małżeństwo było ważne, będą musieli się rozstać. Gdyby wzięła z nim tylko ślub cywilny, do końca życia nie mogłaby przystępować do
komunii, ksiądz nie udzieliłby jej ostatniego namaszczenia. A wbrew Bogu nie
mogłaby żyć.
Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć. causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona). Czasem, gdy przyczyną rozstania była wyjątkowa brutalność jednego z małżonków, sąd kościelny nie zezwala jednej ze stron na ponowne zawarcie sakramentu.
Nie zezwala z wielu powodów. Z tym, że biskup, a nie sąd. Sąd może najwyżej obwarować małżeństwo warunkiem zezwolenia. A co z wnętrzem młodej pary? Ich nikt nie sprawdził, czy są gotowi do małżeństwa, nie było rozmów, ankiet, badania osobowości (w Stanach No jasne. Nie było rozmowy przez ślubem, a przecież prawo kanoniczne takiej rozmowy bezwzględnie wymaga. Ktoś tu kłamie. Chociaż trzeba przyznać, że jakieś 40% artykułu brzmi całkiem sensownie i realistycznie. Już myślałem że będziesz dyskutował z każdym zdaniem... ;) Ale z tym nieistnieniem ostatniego namaszczenia -jako pojęcia- toś przesadził. Wpisz te dwa słowa w Google a znajdziesz około 24,800 rekordów dla zapytania ostatnie namaszczenie -wtym znaczącą większość na oficjalnych stronach KRK ;) Pa. |
| bazyli4
|
Posted: 21 Mar 2006 07:55:27 I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale
przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było możliwe z tych samych przyczyn.
I czemu kłamiesz? Tak samo łatwo było? Znajdź sobie statystyki... znów kłamiesz jak najęty... Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się
lepsza partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).
Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia. No, Bernardzik... jak zwykle wszystko zalezy od interpretacji. Ja do dziś nie opuściłem w potrzebie żadnej ze swoich byłych dziewczyn, takoz i zony nie opuszczę, choćby już nie była moją żoną... widzisz, Bernardzik... a zresztą, nie zrozumiesz :( Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego
w 1946 roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).
żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny. Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!! Sięgnij do źródeł... jak ja mogłem to i ty idź, znajdź i nie osmieszaj się więcej!!! Tyle Cię już widzę na tej grupie a Ty wciąż łżesz jak najęty.... kurde, albo masz nieporządek w mózgu i wynikający z tego brak rozeznania rzeczywistości, albo ktoś Ci płaci... jak to drugie to rzuć cynkiem, wiesz, jako ateiście łatwiej mi to przez gardło przechodzić będzie... Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie
namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć. Kłamiesz, znów kłamiesz!!! Ale tutaj żem zrywał boki ze śmiechu dobrych kilka minut. Ojciec po dwóch seminariach też... tu cytat "że też takie obiboki chodzą po świecie, wziąłby człowiek rózgę i przyklał w tyłek, że własnej wiary nie zna..." Pzdr ubawiony Paweł |
| Elske
|
Posted: 21 Mar 2006 09:52:49 Już myślałem że będziesz dyskutował z każdym zdaniem... ;)
A ja miałam nadzieję, ze nie będziesz bez potrzeby cytować całej, dziesięciotonowej wypowiedzi poprzednika. Daremne żale, próżny trud... |
| Sky
|
Posted: 21 Mar 2006 13:42:59 Już myślałem że będziesz dyskutował z każdym zdaniem... ;) A ja miałam nadzieję, ze nie będziesz bez potrzeby cytować całej, dziesięciotonowej wypowiedzi poprzednika. Daremne żale, próżny trud... Jestem wygodny -a ty wyjątkowa... ;) Wycinanie treści pozostawiam innym -bo bardziej obficie wylewają swoje żale autorzy o wycinanie ich postów niż ktokolwiek o brak ingerencji... ;) |
| Elske
|
Posted: 21 Mar 2006 14:37:04 Wycinanie treści pozostawiam innym -bo bardziej obficie wylewają swoje żale
autorzy o wycinanie ich postów niż ktokolwiek o brak ingerencji... ;) Tia, jasne. Bądź łaskaw ciąć. Nie da się czytać, kiedy masz 80 linijek cytatu i na dole jedną krotka linijkę odpowiedzi. A, i tak na marginesie: nie crosspostuj. To niemile widziana na grupach przypadłość. |
| Sky
|
Posted: 21 Mar 2006 14:51:24 Wycinanie treści pozostawiam innym -bo bardziej obficie wylewają swoje żale autorzy o wycinanie ich postów niż ktokolwiek o brak ingerencji... ;)
Tia, jasne. Bądź łaskaw ciąć. Nie da się czytać, kiedy masz 80 linijek cytatu i na dole jedną krotka linijkę odpowiedzi. Czytanie to może utrudnia -ale jakie emocje wzbudza! ;P A, i tak na marginesie: nie crosspostuj. To niemile widziana na grupach
przypadłość. Łamanie stereotypów -co oczywista- wzbudza "opory materii" ;) Zawsze byłem nastawiony na kontakty interdyscyplinarne...więc nawet niechęć jakichś wyspecjalizowanych monotematycznie kurczaków zalęknionych o swoje podwórko nie potrafi mnie przed tym powstrzymać :) A Polska to nie Ja? ;) |
| Elske
|
Posted: 21 Mar 2006 15:08:04 Czytanie to może utrudnia -ale jakie emocje wzbudza! ;P
Emocji nie wzbudza. Raczej zniechęca do czytania. Łamanie stereotypów -co oczywista- wzbudza "opory materii" ;)
Zawsze byłem nastawiony na kontakty interdyscyplinarne...więc nawet niechęć jakichś wyspecjalizowanych monotematycznie kurczaków zalęknionych o swoje podwórko nie potrafi mnie przed tym powstrzymać :) Na przykładzie: crosspostujesz na grupę, której nie subskrybuję i nie zamierzam tego robić. Przez Ciebie muszę czytać, co napisali ludzie, z którymi nie mam ochoty gadać. Nie jesteś w necie sam. Dbaj też o innych. |
| niezbecki
|
Posted: 21 Mar 2006 15:14:16 Na przykładzie: crosspostujesz na grupę, której nie subskrybuję i nie
zamierzam tego robić. Przez Ciebie muszę czytać, co napisali ludzie, z którymi nie mam ochoty gadać. Nie jesteś w necie sam. Dbaj też o innych. MUSISZ czytać? :) Paff |
| Jolanta Pers
|
Posted: 21 Mar 2006 15:28:52 MUSISZ czytać? :) Zwłaszcza, że to coś rzadko ma cokolwiek od siebie do powiedzenia, raczej ogranicza się do wrzucania gigantycznych cytatów. (Może nie umie wklejać linków.) |
| Elske
|
Posted: 21 Mar 2006 16:40:29 MUSISZ czytać? :)
Chcę. A Sky mi to utrudnia. |
| Bernard
|
Posted: 21 Mar 2006 18:41:32 I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale
przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było możliwe z tych samych przyczyn.
I czemu kłamiesz? Tak samo łatwo było? Znajdź sobie statystyki... znów kłamiesz jak najęty... Przepraszam, ale o ile mi wiadomo, procedura stwierdzenia nieważności jest zapisana w KPK, a nie w statystykach. A ta się specjalnie nie zmieniła. Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się
lepsza partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).
Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia. No, Bernardzik... jak zwykle wszystko zalezy od interpretacji. Ja do dziś nie opuściłem w potrzebie żadnej ze swoich byłych dziewczyn, takoz i zony nie opuszczę, choćby już nie była moją żoną... widzisz, Bernardzik... a zresztą, nie zrozumiesz :( Zaraz, a komu odpowiadasz? Bo chyba nie mi? Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego
w 1946 roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).
żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny. Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!! Sięgnij do źródeł... jak ja mogłem to i ty idź, znajdź i nie osmieszaj się więcej!!! Tyle Cię już widzę na tej grupie a Ty wciąż łżesz jak najęty.... kurde, albo masz nieporządek w mózgu i wynikający z tego brak rozeznania rzeczywistości, albo ktoś Ci płaci... jak to drugie to rzuć cynkiem, wiesz, jako ateiście łatwiej mi to przez gardło przechodzić będzie... A konkretnie? W pracach sądu, w tym w rozprawie, nie uczestniczy nikt z zewnątrz. "klienci" są tylko przesłuchiwani. Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie
namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć. Kłamiesz, znów kłamiesz!!! Ale tutaj żem zrywał boki ze śmiechu dobrych kilka minut. Ojciec po dwóch seminariach też... tu cytat "że też takie obiboki chodzą po świecie, wziąłby człowiek rózgę i przyklał w tyłek, że własnej wiary nie zna..." A konkretnie? Możesz mi w Katechizmie wskazać "sakrament ostatniego namaszczenia"? Znasz warunki sakramentu pokuty? W obliczu śmierci automatycznie zostaje spełniony jeden z nich, ten, który uniemożliwia danie rozgrzeszenia np. z trwania w związku niesakramnetalnym, bo jak już człowiek umiera, to raczej w tym związku nie potrwa. |
| Elske
|
Posted: 21 Mar 2006 18:48:25 Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!!
Kłamstwo to _świadome_ mówienie nieprawdy. To znaczy: "wiem, że jest inaczej, ale tak mówię bo mi się tak podoba". Jeśli ktoś się myli to się myli a nie kłamie. To tak w kwestii formalnej. |
| Sowa
|
Posted: 21 Mar 2006 18:58:32 Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!!
Kłamstwo to _świadome_ mówienie nieprawdy. To znaczy: "wiem, że jest inaczej, ale tak mówię bo mi się tak podoba". Jeśli ktoś się myli to się myli a nie kłamie. To tak w kwestii formalnej. Elske, daj spokój, na psreligia wrzaśnięcie przez jednego pana do drugiego pana "kłamiesz", czy "będziesz potępiony" to takie swoiste "cześć, miło Cię znów widzieć" ;))) Coś w stylu życzliwych rad na rodzinie "rozwiedź się i natychmiast wyprowadź" jak kto sie pyta co zrobić bo TZ nie zmywa naczyń od razu, tylko po piętnastu minutach od posiłku. ;) |
| bazyli4
|
Posted: 21 Mar 2006 21:52:37 Przepraszam, ale o ile mi wiadomo, procedura stwierdzenia nieważności
jest zapisana w KPK, a nie w statystykach. A ta się specjalnie nie zmieniła. Nie mówimy o procedurach, tylko o praktyce... Zaraz, a komu odpowiadasz? Bo chyba nie mi?
Tobie wyjasniam, jak najbardziej Tobie.... A konkretnie? W pracach sądu, w tym w rozprawie, nie uczestniczy nikt
z zewnątrz. "klienci" są tylko przesłuchiwani.
Podpowiadam: tam coś było o Hlondzie? A konkretnie? Możesz mi w Katechizmie wskazać "sakrament ostatniego
namaszczenia"? A Ty Bernardzik nie czytasz ze zrozumieniem? Wstukaj sobie w google "ostatnie namaszczenie" to Ci si ę w głowinie nieco rozjaśni.... Pzdr ubawiony Paweł co widzi jak Bernardzik nie może trafić... |
| bazyli4
|
Posted: 21 Mar 2006 21:54:00 Kłamstwo to _świadome_ mówienie nieprawdy. To znaczy: "wiem, że jest
inaczej, ale tak mówię bo mi się tak podoba". Jeśli ktoś się myli to się myli a nie kłamie.
To tak w kwestii formalnej. Musiałbym założyć, że Bernard ma IQ poniżej 40. Inaczej muszę to nazwać kłamstwem. To tak w kwestii formalnej... Pzdr Paweł |
| puchaty
|
Posted: 21 Mar 2006 21:59:10 Musiałbym założyć, że Bernard ma IQ poniżej 40. Inaczej muszę to nazwać
kłamstwem. To tak w kwestii formalnej... Dlaczego właściwie aż dwa razy musisz? Może daj sobie trochę oddechu... puchaty |
| . 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 129 . 130 . >> |
Czas ładowania strony (sek.): 1.021 miniBB.net © 2001-2010 Polityka Prywatności }{ forum ° gps° opisy gg ° kuchnia ° monety° sport° bez przesady |