° Forum ° Odpowiedz ° Rejestracja ° Szukaj °
° części - giełda samochodowa ° ATM materace ° antykwariat Warszawa - numizmatyka °

Po prostu temat

Fubi: / Miłość - jak to jest / Po prostu temat
. 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 129 . 130 . >>
Autor Wiadomość
JIMMYtm

Posted: 12 Sty 2006 20:12:35





Wygladaja lepiej,no nie ?:)

cierpliwosci, odpisze... tylko sie uporam z tym co na mnie spada...
mail co go podalas jest prawdziwy ?




HawkEye

Posted: 10 Lis 2006 01:13:40



Witam.
Zaczne moze od poczatku.
Poznalismy sie na necie... Najpierw wspolne rozmowy-BAAAARDZO dlugie,ktore
trwaly nawet kilkanascie godzin non stop na Skype. Nie bylo gadki,ze bedziemy ze
soba... ale im dluzej rozmawialismy,zaczelismy oboje stwierdzac, ze bardzo duzo
nas laczy... Po dwoch miesiacach rozmow postanowilismy sie spotkac i w sumie to
po dwoch spotkaniach bylismy ze soba para. Ona mieszkala sama, wiec o wiele
latwiej bylo nam sie spotykac,, bo jezdzilem do niej do domu i tam tez
zostawalem na noc... Mieszkala w miare blisko (poprzednie zwiazki miewalem po ok
100-550km odleglosci) bo ok 20km . Juz na trzecim spotkaniu kochalismy sie (bez
zabezpieczen-po prostu oboje tego chcielismy). Z biegiem czasu zaczelo sie
jednak cos psuc miedzy nami. Zaczynalismy sie klocic o pierdoly.Nie ukrywam, ze
mnie to po woli irytowalo i chcialem sie z tego wycofac,al dawalem jej kredyt
zaufania, poniewaz sam z natury jestem wybuchowy,wiec wybaczalem jej to. Klopoty
zaczely sie w 3im mies. naszego zwiazku, gdy coraz mniej sie kochalismy, wrecz
bywalo to tak zadko, ze raz na 2tyg bylo cudem.Zaczynalo mnie to bardzo
denerwowac, bo wiedzialem, ze z poprzednim partnerem sprzed lat robila to po
kilka razy dziennie (opowiadala mi o tym jeszcze w czasie tych rozmow przed
tym,jak sie zwiazalismy).Za kazdym razem obiecywala, ze nastepnym razem i tak w
kolko, az ktorejs nocy nie wytrzymalem i zaczalem sie pakowac... Jakoze jestem
wybuchowy, to przy okazji jej nawrzucalem od szmat i arabskich dziwek (poprzedni
chlopak byl arabem). Ale pomimo wszystko nie chciala mnie wypuscic... Wyciagnela
klucz i czekala, az sie uspokoje.. no i o 5tej rano w koncu poszlismy spac.
pozniej przyszedl koniec kwietnia i znowu klopoty (a dodam, ze spalismy w tym
czasie tylko raz lub dwa). Okazalo sie, ze choruje na jakas chorobe (damska
doleglosc,gdy sie je duzo slodyczy) i nie mozemy juz sie kochac przez najblizszy
czas... Bylem bardzo wyrozumialy i cierpliwy. czekalem dwa miesiace... Nie
ukrywam, ze zamiast seksu stosowalismy petting... I jeszcze lubila bardzo gdy
robilem jej jezyczkiem, ale ona nigdy, bo miala przykre wspomnienia z
przeszlosci(jakie?nie wiem). Gdy wyzdrowiala, kochalismy sie tylko raz... wrecz
pamietam ten caly dzien, bo szalelismy wtedy na maksa po miescie... wracalismy
wieczorem z dworca i namietnie non stop sie calowalismy i nakrecalismy...
pozniej kochalismy sie przyswiecach... ech... i to bylo wszystko... kolejne
miesiace i mnie coraz bardziej zlosc ponosila, bo nawet nie zauwazala moich
potrzeb-bylo tak, ze swoje zrobilem jezyczkiem, a ona poszla sie myc i zaraz
szla spac, nie zwracajac na mnie uwagi.. Zaczynalem sie denerwowac i wszczynac
klotnie w nocy. Az ktoregos dnia nie wytrzymalem i ponownie wyzwalem ja jak
poprzednio.. tym razem juz mnie nie zatrzymywala,jak w poprzednich klotniach...
ale wiedziala, ze wroce,bo zazwyczaj tak robilem. Byla na mnie strasznie zla.
Dodam, ze nie tylko o seks nazbieralo sie na klotnie. Chcialem poznac jej
mame/rodzine, to zawsze sie wykrecala, ze mama nie ma czasu itd. Z poczatku
znajomosci dowiedzialem sie, ze klikala ze swoim bylym(o to byla poniekad
pierwsza klotnia), ze nie chce do mnie w ogole przyjechac itd... Ale coraz
bardziej ja kochalem. Az w koncu czerwiec-nie widzielismy sie wowczas dwa tyg.
bo mialem mnostwo pracy i nie moglem do niej jechac. Ale codziennie chcialem z
nia rozmawiac przez tel/skype. Miala wtedy trudny okres, bo wiedziala, ze straci
prace (nauczycielka). No i faktycznie stracila. ostatniego dnia czerwca w dzien
przed moimi urodzinami oznajmila mi, ze zrywa ze mna. Najpierw sie rozryczalem,
a pozniej zaczalem blagac, zeby jednak dala nam szanse... Obiecywalem, ze
poczekam do slubu z tym seksem itd... Po za tym, wakacje planowalismy spedzic
razem-mialem mnostwo planow i marzen.Na probe wrocilismy do siebie. Ale
sprzeczki na nowo sie o seks zaczely... Juz nawet nie o seks, ale o totalny
ignor z jej strony...byla zalamana,ze nie ma pracy, wiec wspieralem ja jak tylko
moglem-miala mnostwo nie placonych rachunkow. Nie moglem jej pomoc finansowo, bo
sam od zeszlej jesieni jechalem na dlugach.Ale wyluskalem gdzies 200zl i jej
dalem-nie chciala tej kasy, ale na sile jej wcisnalem. Nawet szukalem jej prace
i mowilem, ze jak obiecalem, to znajde. Koniec lata i znowu mnie rzuca... Ale
poszlo o to, ze przez cale lato ani razu do mnie nie chciala przyjechac-mialem
dosc... Nie chcialem zrywac, ale juz nie moglem, tyle ze wyszlo na to, ze to ona
zerwala :D Umowilismy sie, ze przyjade po rzeczy. Nagle przed wyjazdem mi mowi,
ze wyjezdza z kolezanka na nocne czuwanie i bedzie dopiero o 2giej w nocy.
Powiedzialem, ze poczekam-uparlem sie. Jako ze nie mam samochodu i ostatni
pociag do niej byl ok 22ej, to czekalem 5 godz na dworze. Az godzine spoznienia
i jest.Pogadalismy... rozplakala sie i zaproponowala, zebym u niej zostal na
noc, zebym sie juz nie tulal po nocy i poczekal do rana na pociag.
Niechetnie,ale sie zgodzilem(strasznie zimno bylo). Wypilem herbate i usiadlem
przy stole, ona sie polozyla... i namawiala,zebym sie polozyl, bo w przeciwnym
wypadku ona nie zasnie. w koncu sie polozylem.. Chcialem sie do niej przytulic,
ale zakazala... az po kilku minutach sama mnie za reke przyciagnela do sienie i
cala noc do przebudzenia tak spalismy(nie zaszlo nic). Gdy mnie obudzila miala
juz inny wzrok-chlodny. Powiedziala, ze ma mnostwo pracy i zebym juz sobie
poszedl. Wpienilem sie i bez slowa,jak najszybciej wyszedlem, ale ze glupio sie
tak rozstawac, to postanowilem wrcic i chociaz napic sie czegos i pozegnac
sie... Drzwi juz nie otworzyla, pomimo, ze czekalem i dzwonilem dwie
godziny.(byla w mieszkaniu). Pojechalem do domu i tak sie rozstalismy. Ale
okazalo sie, ze znajoma ma dla niej prace i to b. dobra. Zadzwonilem do niej, by
jej to powiedziec i by sie szybko decydowala (po znajomosci-decydowaly minuty).
Niestety zaczela sie jak zwykle zastanawiac i pozniej juz bylo za pozno. Ale
byla mi wdzeczna.. Poprosilem ja o spotkanie, to odpowiedziala, ze da mi znac.
Akurat zgadalismy sie, ze oboje bedziemy w tym samym miescie o tej samej porze
wiec tam sie spotkamy. Pech(?) chcial, ze mi spotkanie z klientem nie wypalilo i
mialem mnostwo wolnego czasu, wiec chcialem sie dowiedzec, czy bedzie wczesniej,
to jej potowarzysze... Odpisala po DWOCH godz, ze zmienily jej sie plany i nici
ze spotkania. Wtedy juz nawet nie odpisalem i mialem jej dosc... Chcialem
zapomniec - bylo przykro. Nawet zaczalem myslec pozytywnie, ze to dobrze, ze sie
skonczylo itd... Zaczalem jezdzic ze znajomymi na imprezy , poznawac nowe
osoby,pracy tez bylo sporo, wiec nie myslalem o niej za czesto. Ale nie dala za
wygrana-odezwala sie na gg i zaczelismy gadac, ale widziala, ze przez pierwsze
dwa tyg bylem na dystans... Widziala, ze mam nowe zycie i sie swietnie bawie. W
koncu i ja zmieklem. Tyle, ze zaczela byc zazdrosna o moje znajome, zaczela
wspominac te wszystkie wspaniale chwile ktore mielismy... W sumie dogadywalismy
sie swietnie, ale i tak chcialem zakonczyc ta znajomosc, bo niby po co ona ?
Niestety nie moglem ulec pokusie... i zaczalem przez dwa mies. sie na nowo
przyzwyczajac do mysli, ze jest szansa by wrocic. Pozniej powiedziala, ze
poznala kogos, ale jej nie wierzylem-myslalem, ze to blef, by wzbudzic we mnie
zazdrosc. Chcialem sie z nia spotkac, to zawsze sie wykrecala. Ale w koncu sie
zgodzila. Az wczoraj zapytalem , by powiedziala mi szczerze, czy kogos ma...
Odpowiedziala twierdzaco... Jak zapytalem, czy wie, ze ja wciaz kocham, to nagle
jakby sie zmienila na anty wobec mnie.Ja chcialem juz to albo skonczyc, albo
naprawde sie spotykac, bo meczylo mnie to, gdy sie przestawala odzywac, albo gdy
wracala w nocy.Ale gdy zapytalem, ze skoro ja taki super itd, a jego nawet nie
zna, i czy z nim chce byc, to powiedziala, ze ona moze chciec wiele, ale nie
wszystko od niej zalezy... wowczas nie wytrzymalem... miarka sie przebrala i
napisalem jej taka wiazanke, jakiej jeszcze nikomu chyba nie poslalem... Pozniej
probowealem przeprosic, ale ona strasznie uczulona jest na slowa(nie dziwie
sie-tez pewnie bym sie na wieki pogniewal). Odpisala, ze teraz sie umocnila w
przekonaniu, ze zerwala ze mna i ze wlasciwa decyzje podjela kiedys.

Jesli ktos dotrwal do tego momentu, to gratuluje i dziekuje :)
To bylby koniec, gdyby nie fakt, ze wciaz ja kocham... Wiem, bedzie pewnie tu
mnostwo slow, ze jestem sobie sam winien za swoj niewyparzony jezor-wiem i nie
wyrzekam sie swojej winy. Nie o to chodzi, ze chce ja odzyskac. poradzcie mi jak
ja znienawidzic... pomozcie mi, jak o niej zapomniec, by juz tak nie cierpiec i
by nie czuc sie tak podle oszukanym i wykozystanym...Niech ktos sie wypowie, co
o tym wszystkim sadzi... obojetnie co-slowa krytyki wobec mnie mile widziane.

PS. Zapomnialem dodac, ze na poczatku tego zwiazku dowiedzialem sie, ze jej
matka nie chciala sie ze mna spotkac,, bo niby cos zlego o mnie
wiedziala(pozniej okazalo sie ze to nie o mnie chodzilo), jak rowniez to, ze
jestem biedny... Totez jakos w zartach zaczalem mowic, ze slub wezmiemy,jak
zarobie na dom i zycie...czyli min. 5 lat. ZAZNACZAM-to byly zarty. Ale ona-moja
ex wkrecila to sobie na serio...

PPS. Oboje jestesmy rowiesnikami-po 27 lat... Teraz na jesien mialem nawet jej
sie oswiadczac (chcialem to zrobic w rocznice poznania sie). Prowadze mala
firme, nie jestem bogaty-raczej oszczedny bo chce do czegos dojsc...

PPPS. Mowila, ze mnie kocha... we wakacje,jak sie zeszlismy juz tego nie
powiedziala ani razu... Wtedy bylem juz dla niej tylko cieniem.






HawkEye

Posted: 10 Lis 2006 01:38:53



Zapomnialem dodac, ze we wszystkich kwestiach bylismy idealnie dopasowani...
Swietnie sie dogadywalismy, znakomicie sie rozumielismy... W zasadzie to
naprawde idealnie pasowalismy do siebie. I to nie tylko moje stwierdzenie, ale i
jej, bo jeszcze kilka dni temu powiedziala, ze z nikim innym jej nie bylo tak
swietnie, ze z nikim jeszcze tak dobrze sie nie rozumiala, ze z nikim nie
przezyla tylu przygod i takich milych sytuacji... Dodam rowniez, ze mielismy
nawet okres, gdzie przez wiekszosc czasu, to mieszkalem u niej-do domu jezdzilem
jedynie po dokumenty lub ciuchy. A ze miala trudny charakter(sama nieraz
przyznala) to potwierdziala rowniez i to, ze nikt jej nie rozumial i nie znal
tak dobrze jak ja...


Czemu tak szybko zrezygnowala? :( Czemu , skoro bylem taki ok i bylo jej ze mna
dobrze, to pomimo wszystko z tego zrezygnowala? No i po co mnie przez 3mies
nakrecala i dawala mi nadzieje, zeby pozniej stwierdzic, ze ma kogos... :(






lucid

Posted: 10 Lis 2006 10:10:53




Witam.

Jesli ktos dotrwal do tego momentu, to gratuluje i dziekuje :)
To bylby koniec, gdyby nie fakt, ze wciaz ja kocham... Wiem, bedzie pewnie
tu mnostwo slow, ze jestem sobie sam winien za swoj niewyparzony
jezor-wiem i nie wyrzekam sie swojej winy. Nie o to chodzi, ze chce ja
odzyskac. poradzcie mi jak ja znienawidzic... pomozcie mi, jak o niej
zapomniec, by juz tak nie cierpiec i by nie czuc sie tak podle oszukanym i
wykozystanym...Niech ktos sie wypowie, co o tym wszystkim sadzi...
obojetnie co-slowa krytyki wobec mnie mile widziane.


dotrwalem :) Moim zdaniem.. wroc do etapu kiedy wydawalo Ci sie ze masz juz
wszystko ulozone bez niej. Bedzie ciezko? Wmow sobie ze Cie zdradzila z tym
kolesiem kiedy byliscie razem. Tylko w konsekwencji nie probuj jej nawrzucac
znowu, poprostu nastaw sie wrogo do niej(bedzie latwiej walczyc z myslami,
ze rozstanie sie jest bledem).

Pewnie bys chcial zeby wrocila, ale jezeli ten zwiazek z tym kolesiem jej
nie wypali i znowu sie odezwie. Zastanow sie dobrze.

Zaznaczam, ze nie mam pojecia czy daje dobra rade :P

I przestan tyle pisac o sexie bo momentami bylem pewny ze to TROLLing ma byc
:P





HawkEye

Posted: 10 Lis 2006 12:47:56



I przestan tyle pisac o sexie bo momentami bylem pewny ze to TROLLing ma byc
:P


--
Tomek

Nie no, zaden trolling :) Dzieki za rade-poniekad poczytalem archiwa grupy i
czesciowo wybralem rowniez pod siebie niektore watki u innych.Wiesz, naprawde
chcialbym zapomniec o niej,ale tak jak i ona wspominala mnostwo fajnych chwil,
tak i ja to wszystko wspominam i tez tak jak ona, uwazam,ze z nia bylo
najlepiej... Byla najladniejsza ze wszystkich,najlepiej mnie rozumiala etc...
nadawalismy na tych samych falach.jesli chodzi o seks... ok-moze przesadzilem,
ale jego naprawde bylo malo, a mimo wszystko, pomimo ze pozniej chciala z tym
czekac do slubu, to i na to bym sie zgodzil... Moze za bardzo godzilem sie na
wszystko? Ale tak to jest, gdy sie kogos kocha ponad zycie i chce dla tej osoby
jak najlepiej.Nie ukrywam, ze i ja umowilem sie aktualnie na randke, ale to
bardziej chyba tylko po to,zeny w domu nie zgnusniec.Nie pociaga mnie ta
dziewczyna... A po za tym, zaczynam sie juz bac nowego zwiazku...






Morderca uczuć

Posted: 10 Lis 2006 18:24:02



Witam.

Witam. Od razu uprzedzę, że nie będę miły ;)

Poznalismy sie na necie... Najpierw wspolne rozmowy-BAAAARDZO dlugie,ktore
trwaly nawet kilkanascie godzin non stop na Skype. Nie bylo gadki,ze bedziemy ze
soba...

A kto tak mówi od razu? Jasne, że nie gadaliście o byciu,
musieliście się poznać.

ale im dluzej rozmawialismy,zaczelismy oboje stwierdzac, ze bardzo duzo
nas laczy...

Po to się ludzie poznają w necie aby poznać partnera. Do tego
musiało w końcu dojść. Ale, pewnie sobie z tego nie zdajesz
sprawy... Faceci po to poznają laski w necie aby się z nimi bzykać,
lub znaleźć stałą partnerkę. Kobiety są w necie z różnych
powodów, np. odreagować rozstanie z byłym. Myślę, że Twoja była,
właśnie na siłę potrzebowała znajomości, w którą nie mogła,
lub nie chciała od początku się angażować. Szukała substytutu
araba. Gdy buntowałeś się przed rolą substytutu i chciałeś być
podmiotem, prawdziwym partnerem, dawała Ci w kość. Nie tak było?

wiedzialem, ze z poprzednim partnerem sprzed lat robila to po
kilka razy dziennie (opowiadala mi o tym jeszcze w czasie tych rozmow przed
tym,jak sie zwiazalismy).

Kochała się z nim bo był jej prawdziwą miłością. Ty byłeś jej
poduszką w którą mogła się wypłakać, nie służyłeś jej za
partnera seksualnego.

Jakoze jestem
wybuchowy, to przy okazji jej nawrzucalem od szmat i arabskich dziwek (poprzedni
chlopak byl arabem). Ale pomimo wszystko nie chciala mnie wypuscic... Wyciagnela
klucz i czekala, az sie uspokoje..

W Twoich bluzgach było sporo prawdy. Gdy byłeś z nią ona myślała
o nim. Sądzę, że zdradzała Cię w myślach, więc "dziwka" nie
zrobiła na niej wrażenia.

Okazalo sie, ze choruje na jakas chorobe (damska
doleglosc,gdy sie je duzo slodyczy)

Hehehe. To jakieś brednie. Chorowała na otyłość? ;)

I jeszcze lubila bardzo gdy
robilem jej jezyczkiem, ale ona nigdy, bo miala przykre wspomnienia z
przeszlosci(jakie?nie wiem).

Wspomnienia araba. On ją gwałcił, robił co chciał a ona się
godziła. Ty jako substytut, musiałeś się godzić na to co lubiła
robić z nim (przytulanki) aby mogła żyć pozytywnymi wspomnieniami.
Gdy chciałeś tego, co przywracało jej negatywne wspomnienia araba,
zabraniała Ci. Tak sądzę, ale możesz się nie zgodzić.

Gdy wyzdrowiala, kochalismy sie tylko raz... wrecz
pamietam ten caly dzien, bo szalelismy wtedy na maksa po miescie... wracalismy
wieczorem z dworca i namietnie non stop sie calowalismy i nakrecalismy...
pozniej kochalismy sie przyswiecach... ech... i to bylo wszystko... kolejne
miesiace i mnie coraz bardziej zlosc ponosila, bo nawet nie zauwazala moich
potrzeb-bylo tak, ze swoje zrobilem jezyczkiem, a ona poszla sie myc i zaraz
szla spac, nie zwracajac na mnie uwagi..

Nic dziwnego. Byłeś substytutem. Momentami coś ją nachodziło i
nabierała szacunku do Ciebie ale po chwili znów brała Cię z buta.
Ot taka ambiwalencja, gdy myśli się o jednym a jest z drugim.

Dodam, ze nie tylko o seks nazbieralo sie na klotnie. Chcialem poznac jej
mame/rodzine, to zawsze sie wykrecala, ze mama nie ma czasu itd.

Po cholerę przedstawiać starej substytut, który jest tylko na pewien
czas? Aby wypytywała kiedy ślub? No sam pomyśl...

Z poczatku
znajomosci dowiedzialem sie, ze klikala ze swoim bylym(o to byla poniekad
pierwsza klotnia),

No widzisz...

ze nie chce do mnie w ogole przyjechac itd...

Z tego samego powodu nie chciała Cię przedstawiać matce.

Ale coraz
bardziej ja kochalem.

Bo nie podejrzewałeś jej o to, co teraz piszę. Sądziłeś, że jest
normalną, samotną dziewczyną, która szukała partnera w necie.
Zakochałeś się i miłość Cię zaślepiła. Nie mogłeś się
uwolnić, nawet gdy zacząłeś podejrzewać, że coś jest bardzo nie
tak.

ostatniego dnia czerwca w dzien
przed moimi urodzinami oznajmila mi, ze zrywa ze mna. Najpierw sie rozryczalem,
a pozniej zaczalem blagac, zeby jednak dala nam szanse...

Nigdy nie błagaj, niezależnie jak bardzo oślepia uczucie.

Obiecywalem, ze
poczekam do slubu z tym seksem itd...

Łudziłeś się, że będzie lepiej. Błąd. Po ślubie dopiero
plułbyś sobie w brodę.

Koniec lata i znowu mnie rzuca... Ale
poszlo o to, ze przez cale lato ani razu do mnie nie chciala przyjechac-mialem
dosc...

Nie dziwię się. Ileż można jeździć pociągami... zwłaszcza do
panny, która ma Cię w dupie.

Pogadalismy... rozplakala sie i zaproponowala, zebym u niej zostal na
noc, zebym sie juz nie tulal po nocy i poczekal do rana na pociag.

Wziąłeś to za dobrą monetę, błąd. Zwyczajnie się zlitowała.

Chcialem
zapomniec - bylo przykro. Nawet zaczalem myslec pozytywnie, ze to dobrze, ze sie
skonczylo itd...

Trzeba było się tego trzymać. Wiesz ile świetnych lasek mogłeś w
tym czasie poznać?

Widziala, ze mam nowe zycie i sie swietnie bawie. W
koncu i ja zmieklem. Tyle, ze zaczela byc zazdrosna o moje znajome, zaczela
wspominac te wszystkie wspaniale chwile ktore mielismy...

Żałoba po arabie nie dawała jej żyć. On nie chciał do niej
wrócić. Potrzebowała towarzystwa, więc zgłosiła się do
"przytulanki".

zapytalem , by powiedziala mi szczerze, czy kogos ma...
Odpowiedziala twierdzaco... Jak zapytalem, czy wie, ze ja wciaz kocham, to nagle
jakby sie zmienila na anty wobec mnie.

Ech.. zrozum, ona nie chciała Twojej miłości. Potrzebowała
koleżki, któremu mogłaby się wypłakać kiedy ma problemy z
facetami. Koleżka który się zakochuje jest be.

Ale gdy zapytalem, ze skoro ja taki super itd, a jego nawet nie
zna, i czy z nim chce byc, to powiedziala, ze ona moze chciec wiele,

czytaj: powrotu araba...

...ale nie
wszystko od niej zalezy...

czyt: powrót araba. Bo substytut nie dawał jej satysfakcji, nie
mogła się zakochać na siłę, choć były momenty gdy próbowała.
Wtedy było wam dobrze.

wowczas nie wytrzymalem... miarka sie przebrala i
napisalem jej taka wiazanke, jakiej jeszcze nikomu chyba nie poslalem... Pozniej
probowealem przeprosic, ale ona strasznie uczulona jest na slowa(nie dziwie
sie-tez pewnie bym sie na wieki pogniewal). Odpisala, ze teraz sie umocnila w
przekonaniu, ze zerwala ze mna i ze wlasciwa decyzje podjela kiedys.

I niech to będzie koniec sprawy. Wyrwij jakąś fajną laskę, ale nie
wchodź w związek póki o tej byłej nie zapomnisz. Inaczej
"uszczęśliwisz" nową dziewczynę, jak ta poznana w necie Ciebie.

To bylby koniec, gdyby nie fakt, ze wciaz ja kocham... Wiem, bedzie pewnie tu
mnostwo slow, ze jestem sobie sam winien za swoj niewyparzony jezor-wiem i nie
wyrzekam sie swojej winy. Nie o to chodzi, ze chce ja odzyskac. poradzcie mi jak
ja znienawidzic...

Poczytaj tu posty i zaakceptuj ją. Powiedz sobie "fuck, nie udało
się, oboje popełnialiśmy błędy, nie winię jej, wybaczam, nie mam
żalu i życzę sobie oraz jej byśmy założyli nowe związki." Tak
będzie łatwiej. Akceptacja nieudanej miłości wyzwoli Cię do
cierpień.

PS. Zapomnialem dodac, ze na poczatku tego zwiazku dowiedzialem sie, ze jej
matka nie chciala sie ze mna spotkac,, bo niby cos zlego o mnie
wiedziala(pozniej okazalo sie ze to nie o mnie chodzilo), jak rowniez to, ze
jestem biedny... Totez jakos w zartach zaczalem mowic, ze slub wezmiemy,jak
zarobie na dom i zycie...czyli min. 5 lat. ZAZNACZAM-to byly zarty. Ale ona-moja
ex wkrecila to sobie na serio...

Nie wkręciła, ale użyła to jako kluczowy argument przeciw Tobie.
Nie ważne po co. Zapomnij o tym bagnie.

PPPS. Mowila, ze mnie kocha... we wakacje,jak sie zeszlismy juz tego nie
powiedziala ani razu... Wtedy bylem juz dla niej tylko cieniem.

Jednego dnia kochała, drugiego była obojętna. To jedna z głupich
pip, które nie wiedzą czego chcą, miotają się w myślach i w
kontaktach z facetami. Teraz jest wysyp takich panien. Znaleźć
normalną dziewuchę to sztuka. Ale tego Ci i sobie też życzę.

Pozdr.
MU





Flyer

Posted: 11 Lis 2006 07:52:41




Zapomnialem dodac, ze we wszystkich kwestiach bylismy idealnie dopasowani...
Swietnie sie dogadywalismy, znakomicie sie rozumielismy... W zasadzie to
naprawde idealnie pasowalismy do siebie. I to nie tylko moje stwierdzenie, ale i
jej, bo jeszcze kilka dni temu powiedziala, ze z nikim innym jej nie bylo tak
swietnie, ze z nikim jeszcze tak dobrze sie nie rozumiala, ze z nikim nie
przezyla tylu przygod i takich milych sytuacji... Dodam rowniez, ze mielismy
nawet okres, gdzie przez wiekszosc czasu, to mieszkalem u niej-do domu jezdzilem
jedynie po dokumenty lub ciuchy. A ze miala trudny charakter(sama nieraz
przyznala) to potwierdziala rowniez i to, ze nikt jej nie rozumial i nie znal
tak dobrze jak ja...


Czemu tak szybko zrezygnowala? :( Czemu , skoro bylem taki ok i bylo jej ze mna
dobrze, to pomimo wszystko z tego zrezygnowala? No i po co mnie przez 3mies
nakrecala i dawala mi nadzieje, zeby pozniej stwierdzic, ze ma kogos... :(

;)) Trzeba było spytać o poprzednie związki. Na pewnym etapie życia
ludzie uczą się życ samotnie i/lub unikać sytuacji stresujących typu
"partner". Mz. zbliżyłeś się dla niej [I DLA SIEBIE!!!] zbyt szybko i na
siłę, co wywołało odruchy obronne. I tyle. Mz. teraz to przesrane -
musiałbyś odczekać jakiś czas spokojnie.

Flyer



chrabcio

Posted: 1 Lip 2005 08:16:27




Homoseksualizm jak najbardziej występuje w naturze, nie tylko u homo
sapiensów. Więc to kryterium odpada, bo jest zgodny z naturą.



najgłupszy i najbardziej idiotyczny argument jaki można usłyszeć w tego
typu dyskusjach, zdajesz sobie sprawę jak łątwo go obalić i jakie durne
niesie z sobą skutki? pomyślałaś przez chwilę zanim to napisałaś?
IMHO nie wydaje mnie sie....


viva Europa, nasz zasciankowy kraj powinien sie uczyc co to znaczy byc
europejczykiem, niedlugo haslo Szaranowicza o Szurkowskim stanie sie
faktem i codziennością :)

wyobrazcie sobie sytuacje jak dwoch "rodziców" (mama Stefan i tato
Roman) idą do dwóch "rodziców" (mama Zygmunt i tato Staszek) żenić swoje
dzieci (syn Romuald i "córka" Adam) a na weselu sami homo homo.... a
dzieci będą produkowane w fabrykach..

na szczescie wszelakie swiatowe eksperymenty i dewiacje byly juz dawno
przecwiczone i jakos nie przetrwały - natura zawsze sobie radziła - vide
Sodoma i Gomora, albo czystość rasy aryjskiej...

jak mawiał jeden inżynier - "rura wydechowa ma inne zastosowanie niz
pchanie w nią tłoka" ...






Anna M. Gidyńska

Posted: 1 Lip 2005 08:30:47



On Fri, 01 Jul 2005 10:16:27 +0200, in pl.soc.rodzina chrabcio

wyobrazcie sobie sytuacje jak dwoch "rodziców" (mama Stefan i tato
Roman) idą do dwóch "rodziców" (mama Zygmunt i tato Staszek) żenić swoje
dzieci (syn Romuald i "córka" Adam) a na weselu sami homo homo.... a
dzieci będą produkowane w fabrykach..

Dziwne. Odniosłam wrażenie, że małżeństwa aranżowane przez rodzinę są
rzadkością w naszej szerokości geograficznej.

jak mawiał jeden inżynier - "rura wydechowa ma inne zastosowanie niz
pchanie w nią tłoka" ...

Dopóki to nie Twoja, umm, rura wydechowa, to co Cię to (pun intended)
boli?

amg




Dunia

Posted: 1 Lip 2005 08:56:42






najgłupszy i najbardziej idiotyczny argument jaki można usłyszeć w tego
typu dyskusjach, zdajesz sobie sprawę jak łątwo go obalić

To obal. Czekamy.

i jakie durne

Durnota to akurat Ty sie tu popisujesz. Zastanow sie moze najpierw, o
czym tu dyskutujemy. Bo chyba nie o roli homoseksualnych zachowan w
stadzie szympansow, nieprawdaz ?

D.



Dorota D.

Posted: 16 Wrz 2005 06:03:34



To oczywiście nie jest odniesienie do mojej wypowiedzi, nie?

Masz rację, to było. Chodziło mi o to, że raczej wolałabym skupić się na
temacie wątku, a nie na wzajemnym czepianiu się, które jest już powoli
"troszkę" OT.

D.







Sky

Posted: 20 Mar 2006 13:30:04



Nożyczki Pana Boga

Jak rozwiązać małżeństwo w Kościele

Najbardziej zdziwiły mnie dwie liczby. Pierwsza - 143. Tyle par w roku 1988
w Polsce zabiegało o kościelne orzeczenie nieważności małżeństwa.

I druga - 4576. To liczba starań o stwierdzenie nieważności w roku 2003.

- Ojej, jaka to różnica - nawet ksiądz z Instytutu Statystyki Kościoła
Katolickiego był zdumiony.

Ludzie zabiegają dziś o uzyskanie orzeczenia o nieważności małżeństw jak o
bilety na mundial. I przeważnie dostają je łatwiej niż te bilety.

- Dlaczego? - pytam kanonistę biskupa Tadeusza Pieronka.

- Przyczyn jest kilka. Ludzie mają coraz większą świadomość swoich praw,
Kościół jest ku nim pochylony bardziej niż kiedykolwiek. Ale główną
przyczyną jest słabość ludzka. Efekt rewolucji seksualnej końca XX wieku.
Ludzie zatracili poczucie tego, co rządzi człowiekiem. Głowa czy coś innego.

Proszę księdza! Mąż kłamie!

Jolanta Łuczak (lat 53, urok Grażyny Szapołowskiej, smakowita jak różowe
ciastko z pianką, protetyk, Warszawa) cedzi kawę plujkę. - Kościół, proszę
pani, robi ludzi w bambuko. Mnie osobiście zrobił straszne świństwo. Więc
obraziłam się na Boga i Kościół.

Na boku, do mnie: - Na Boga już się nie gniewam.

Do dyktafonu: - Ksiądz przewodniczący wiedział, że strasznie cierpię i
płaczę, że moja matka się pochorowała. Ale podpisał orzeczenie o
nieważności. W wyroku stało napisane: "W Imię Pańskie, Amen". I dalej, że
nasze małżeństwo nigdy nie istniało. Ja się pytam: co nie istniało? Moja
suknia ślubna czy jego garnitur szyty trzy miesiące u krawca? Bukiet
storczyków, ładna pogoda w dzień ślubu, wspólne łóżko przez 20 lat czy
prasowanie koszul? Może nie było naszej miłości? Nagle Pan Bóg mnie gumką ze
swoich boskich ksiąg wymazał?

Pismo przyszło w lutym 2003 roku. "Powiadomienie o dekrecie ustalającym
przedmiot sporu". Okrągła czerwona pieczęć Sądu Metropolitalnego
Warszawskiego, bazgroł w miejscu podpisu kościelnego notariusza. Jolanta
Łuczak przeczytała list jeszcze przy skrzynce.

Jej były mąż chciał orzeczenia o nieważności małżeństwa. Po pierwsze,
dlatego że jego zdaniem oboje byli niezdolni do podjęcia obowiązków
małżeńskich z przyczyn natury psychicznej (kanon 1095). Po drugie, z powodu
"wykluczenia potomstwa przez niewiastę".

- Jezus Maria, co to znaczy? Nic nie rozumiem - rozpłakała się.

Sąd Metropolitalny Warszawski odrzucił od razu powód wykluczenia potomstwa.

Jolanta Łuczak: - Kościół już dawno udzielił mi rozgrzeszenia z powodu
tamtej aborcji. A potem dziecka nigdy nie wykluczaliśmy. Po prostu za długo
odkładaliśmy decyzję o jego poczęciu.

Podczas przesłuchania w sądzie kościelnym płakała bez przerwy.

- Nie widzę podstaw do unieważnienia naszego małżeństwa, proszę księdza -
wycierała łzy. - 18 lat żyliśmy w zgodzie jako mąż i żona. To nie był ślub
na wariata. Znaliśmy się. Nie było przymusu. Nie ma mowy o niedotarciu,
nieporozumieniu. Co to znaczy, że byliśmy psychicznie niezdolni do podjęcia
obowiązków? Proszę księdza! Mąż kłamie. Pisze, że jest ortodoksyjnym
katolikiem. A my chodziliśmy do kościoła co niedzielę z przyzwyczajenia. Że
nie opuścił mnie dla innej kobiety. A miesiąc po rozwodzie cywilnym ożenił
się po raz drugi. Że zadbał o mnie. A ja od siedmiu lat walczę z nim o
podział majątku w sądzie.

Mieszkali ze sobą od 1973 roku. W piątym roku znajomości zaszła w ciążę, on
kończył właśnie stomatologię, ona pracowała jako protetyk.

Uklęknął przed nią.

- Błagam, usuń - płakał. - Matka mnie zabije, jak się dowie (mieli wtedy po
25 lat).

mówiła się z lekarzem na najbliższą środę. Usunęła.

W 1980 roku postanowili się pobrać.

- Jestem taki szczęśliwy - powiedział przed wyjściem do kościoła.

Cud, miód i orzeszki, Jolanta Łuczak 20 lat później będzie opisywała przed
sądem kościelnym swoje małżeństwo. Ani jednej kłótni i zdrady. On leczył
zęby pacjentom, ona robiła im protezy. Zamożni. Wyjechali do Monachium
pracować w zawodzie. Stali się jeszcze bogatsi. BMW, dobry sprzęt stereo,
wygodny materac. Dzieci nie mieli.

- Mój macho - mówiła o nim Jolanta.

Pod koniec lat 90., kiedy mieli oboje po 46 lat, mąż zakochał się w
stomatolog młodszej o 20 lat.

- Rozwodzimy się - powiedział do żony.

W trakcie procesu o unieważnienie małżeństwa wezwano ją na badania do
biegłej psycholog. Poradziła jej: - Niech pani da spokój z tym mężem. Niech
pani pisze wiersze.

Wyrok pierwszej instancji zapadł w czerwcu 2005 roku. Małżeństwo Jolanty
Łuczak zostało uznane za nieważne z winy obu stron.

Pochyla się nad dyktafonem. - To świństwo, pani redaktor. Kościół mnie
skreślił. Mój związek dla niego nie istnieje. A ja się z tym nie zgadzam. Ja
przysięgałam przed Bogiem szczerze. Wiem, że mój mąż chce ponownie stanąć
przed ołtarzem. Jak to możliwe, że Kościół się na to zgodzi? Skoro raz był
niezdolny psychicznie do zawarcia małżeństwa, to czemu ma mieć taką
możliwość po raz drugi?

Poprosiła o pomoc biuro porad kanonicznych. Odwołują się w jej imieniu od
wyroku do sądu drugiej instancji. Sprawa jest w toku. Jeśli nie uda się
zmienić wyroku, Jolanta zwróci się do Roty Rzymskiej - trybunału w
Watykanie.

- Do samego papieża pójdę - mówi. - Wytłumaczę mu, że jak Kościół tak łatwo
będzie udzielał unieważnień, to wkrótce padnie.

Rozwodów nie ma

W Kościele katolickim na całym świecie w roku 2002 odbyło się 56 tysięcy
rozpraw w sądach pierwszej instancji. Aż 80 proc. z nich skończyło się
orzeczeniem o nieważności małżeństwa.

Mistrzami świata są mieszkańcy Ameryki Północnej - 31 tysięcy udowodnionych
tytułów nieważności. Po nich jest Europa - 9 tysięcy.

W Kościele katolickim nie ma rozwodów. Sakrament małżeństwa jest
nierozerwalny. Może się jednak zdarzyć, że został nieważnie zawarty.

Żona płaci, ksiądz radzi

Dorota Karolkiewicz (lat 40, chłód szlachetnej stali, smak gorzkiej,
wykwintnej czekolady, wysokie stanowisko w firmie marketingowej, Wrocław)
zastanawia się, jak w kilku zdaniach opowiedzieć reporterowi 13 lat
małżeństwa. W kawiarni jest gwar, herbata stygnie w dzbanku, ludzie
przeciskają się do toalety. Trudno się skupić. Tych 13 lat opowiadanych
obcej osobie brzmi niewiarygodnie. Zacznie od końca.

Pierwsza wizyta w sądzie metropolitalnym trzy lata temu. Pokój z biurkami,
zakonnice w miejscu sekretarek. Uprzejmy ksiądz tłumaczył, jak złożyć skargę
powodową, jaki powinien być margines na stronie (szeroki, żeby dokumenty
wpiąć do akt), że Dorota Karolkiewicz powinna opisać swoje życie na maszynie
do pisania, a tytuł nieważności on podpowie potem.

Zapytała o koszty sprawy. Ksiądz o palcach pianisty złożył dłonie.
- Hm. W zasadzie nie trzeba nic płacić - rozplótł palce. - Ale będziemy
wdzięczni za cokolwiek.

Postanowiła, że będzie płacić co miesiąc 150 zł.

Na początku roku przelewa na konto trybunału 1800 zł od razu.

Ksiądz notariusz podpowiedział: - Powodem pani starań o stwierdzenie
nieważności małżeństwa powinien być kanon 1095 kodeksu prawa kanonicznego,
czyli psychiczna niezdolność męża do podjęcia istotnych obowiązków i praw
małżeńskich.

Przesłuchania odbywały się co pół roku. Przysięgi na Pismo Święte przed
każdym z nich. Najpierw ona. Potem mąż.

Nie widzieli się nigdy, byli wzywani osobno.

Świadkowie. Ona znalazła kilku, na jego korzyść nie chciał zeznawać nikt.
Badali ich biegli psychologowie.

Mąż rozmawia z Bogiem

Ostrzegali ją.

Rodzice, że dziwnie mu z oczu patrzy (- Jesteście uprzedzeni, bo nie jest
lekarzem - buntowała się Dorota).

Przyjaciele, że dziwak (- Zazdrośnicy! Jest inteligentny, robi karierę
naukową, przystojny, kocha mnie - mówiła).

Kilka miesięcy przed ślubem powiedział jej: - Kocham cię nad życie, szanuję.
Ale czasem jakiś wewnętrzny głos każe mi myśleć o tobie źle, każe poniżać.

Znajomi psychologowie powiedzieli, że u narzeczonego występuje ambiwalencja
(dwojakość, dwuwartościowość uczuć).

- Ale wielu ludzi tak ma - pocieszyli.

Pomyślała: przejdzie mu.

Nie mieszkali razem. Czasem wpadał do niej na tydzień. Kwiaty, kolacja przy
świecach, czytanie poezji na głos. Nie prała mu skarpet, nie sprzątali razem
mieszkania.

Tak naprawdę się nie znali.

Miała 24 lata, on 30, chodzili ze sobą od trzech lat, gdy wzięli ślub
cywilny. Katolicy, ale niepraktykujący. Uznali jednak, że chcą też ślubu
kościelnego. Po pół roku dali na zapowiedzi.

Mąż Doroty interesował się różnymi wyznaniami. Czytał Biblię, Torę, Koran.

Lubili rozmawiać o tym, czym jest prawdziwa wiara. Ale nie byli gorliwymi
katolikami. Rzadko w kościele, żadnych modlitw przed snem.
Jego fanatyzm rósł powoli. Coraz częściej powoływał się na Boga, cytował
Pismo Święte, zaczął pisać listy, w których mieszał własne myśli z tezami
ojców Kościoła, papieża i filozofów. Wysyłał je do rodziny i znajomych.

W końcu wyznał, że rozmawiał z Bogiem i może być zbawicielem.

Kiedy oświadczył córce, że w mamie jest demon, którego może wypędzić tylko
tata, Dorota poprosiła męża, żeby poszedł do psychiatry. Nie zgodził się.

Pięć lat temu postanowiła wziąć rozwód. Zagroził jej wiecznym potępieniem,
grzechem śmiertelnym. Sąd cywilny rozwiązał ich małżeństwo, orzekł winę
męża.

- Rozwód cywilny jest dla mnie nieważny. Przed Bogiem i tak będziemy mężem i
żoną - powiedział. - Przysięgałaś mi przed ołtarzem.

Poszła do znajomego księdza.

- Czy tak powinna wyglądać prawdziwa wiara? - spytała. - Jeśli nie, proszę
mi pomóc. Muszę wytrącić mu z ręki argumenty, pokazać, że Kościół jest po
mojej stronie.

Po trzech latach sąd pierwszej instancji skończył pracę. Uznał małżeństwo
Doroty za nieważne. Czeka teraz na wyrok drugiej instancji.

Biskup tłumaczy kanon

Do czasów Soboru Watykańskiego II (lata 60.) uzyskanie orzeczenia o
nieważności małżeństwa było bardzo trudne. Chyba że się udowodniło, że para
ze sobą nie współżyła (non consumatum). Po soborze pierwsi furtkę uchylili
Amerykanie.

- Stwierdzili, że w Kościele nie bierze się pod uwagę osiągnięć współczesnej
medycyny, której założeniem jest, że zdrowy psychicznie człowiek może nie
być zdolny do podjęcia tak ważnej decyzji, jaką jest zgoda na trwały
związek - mówi kanonista biskup Tadeusz Pieronek.

Księża w USA zaczęli w sposób masowy orzekać nieważność małżeństw.
Niezgodnie z kodeksem prawa kanonicznego, bez oglądania się na Watykan.

W latach 70. Kościół przyznał im jednak rację. Złagodzono i przyspieszono
proces orzekania nieważności małżeństw.

Ale prawdziwa lawina ruszyła w 1983 roku. Wtedy w nowym kodeksie prawa
kanonicznego pojawił się kanon 1095. Za niezdolnych do zawarcia małżeństwa
zaczęto uznawać także tych, którzy "są pozbawieni wystarczającego używania
rozumu, mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i
obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych lub z
przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków
małżeńskich".

- Nie rozumiem tego kanonu - mówię biskupowi Pieronkowi.

- To język prawniczy. Człowiek musi wiedzieć, czym jest małżeństwo. Powinien
nauczyć się tego choćby w domu rodzinnym. Jeśli jest inaczej, podczas
zawarcia ślubu narzeczony wyraża zgodę na coś, o czym nie ma pojęcia.
Śmieszne? Może. Ale znam przypadki, gdy dziewczyny wychodziły za mąż,
wierząc, że dzieci przynosi bocian.

Kanon jest pojemny jak studnia.

Może dotyczyć na przykład egoistów i leniów, którzy uporczywie odmawiają
wykonywania jakichkolwiek obowiązków w małżeństwie.

Albo maminsynków, dla których mąż lub żona są zawsze na drugim planie.

Ale też tych, którzy mają tak głębokie braki we własnej świadomości, że
wydaje im się naturalną rzeczą bycie panami w małżeństwie. Przykładów są
setki.

- Braki w sferze etyki nie skutkują orzeczeniem nieważności - mówi biskup
Pieronek. - To muszą być braki w sferze rozumienia zobowiązań, jakich się
podjęli. Ocena tego należy do biegłych psychologów i psychiatrów.

Drugi najpopularniejszy kanon dotyczy symulacji zgody małżeńskiej.

Powołują się na niego ci, którzy na przykład już przed ślubem zakładali, że
nie będą chcieli mieć dzieci (celem małżeństwa jest przecież zrodzenie i
wychowanie potomstwa).

Przysięgali przed ołtarzem wierność, ale zakładali, że znajdą sobie kochanki
(małżeństwo ma uśmierzyć pożądliwość).

Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się lepsza
partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).

Ponad 90 procent skarg powodowych składanych w sądach kościelnych opiera się
dziś na kanonie 1095 i tym o symulacji.

Kościół próbuje opanować szaleństwo kanonu 1095. Jan Paweł II w styczniu
2005 roku w instrukcji "Dignitas Connubi" ("Godność małżeńska") sprecyzował,
że niezdolność psychiczna powinna dotyczyć poważnej anomalii, a nie zwykłej
wady charakteru. Odrzucił pojawiające się propozycje uznawania za nieważne
związków całkowicie nieudanych.

Polecał też ujednolicenie procedur w sądach kościelnych. Przestrzegał, że
"interesy indywidualne i zbiorowe mogą skłonić strony do uciekania się do
kłamstwa, a nawet korupcji w celu osiągnięcia pozytywnego dla siebie
orzeczenia".

- Czy sądy kościelne są nieomylne? - pytam biskupa Tadeusza Pieronka.

- Błądzić jest rzeczą ludzką - odpowiada. - Dlatego dopuszczamy do siebie
myśl, że sąd może się mylić.

Żona na Gadu-Gadu

Grzegorz Bańkowski (lat 45, niewysoki, głos lektora kronik filmowych, na
zasiłku rehabilitacyjnym, Łódź) jest na początku drogi. Był już
przesłuchiwany przez księdza. Ma znaleźć świadków.

Nie wierzy w to, że sąd kościelny mógłby znaleźć jakąkolwiek przyczynę
nieważności. Gdyby jednak - nie będzie się bronił.

Żona go nie chce. I nawet Bóg tego nie zmieni.

Gdy ją zobaczył pierwszy raz, pomyślał, że jest doskonała. Młodsza o 16 lat.
Był jej szefem. Produkował i sprzedawał okna.

Zerwał z konkubiną (byli ze sobą 18 lat) i zabiegał o nową dziewczynę przez
rok.

Zaprosił ją do Paryża w sylwestra 2000. Była noc z piątku na sobotę.

- Zostaniesz moją żoną?! - przekrzykiwał huk sztucznych ogni.

- Tak!

Kilka dni przed ślubem przyszły teść wziął go na bok.
- Pamiętaj, Grzesiu, masz ostatnią szansę, żeby się wycofać. Bo widzisz, u
nas, synu, rozwodów nie ma. Kapewu? - poklepał go po plecach.

Wiedział, że w rodzinie, w której wszyscy wieczorem w dużym pokoju odmawiają
różaniec przed obrazem Najświętszej Panienki, to nie są żarty. Zresztą on
sam, obojętny ateista, pod wpływem narzeczonej po 25 latach zaczął chodzić z
przekonaniem do kościoła.

Bajka. Słodka do mdłości bajka. Pół roku przygotowań do ślubu. Cadillac czy
karoca? Suknia z koronką czy tafta? Łosoś czy homary? Wesele w zameczku
króla Jana Sobieskiego nad morzem, pokoje dla gości, a przy wejściu
gospodarze ofiarowali młodej parze białe pudło, z którego wyleciały w niebo
gołębie.

Kupili nowy dom. Nurkowali w Egipcie, pili wino w Toskanii, robili zakupy w
Paryżu.

Po dwóch latach on stracił cały majątek. Nieuczciwy wspólnik uciekł z
pieniędzmi i zostawił go z długami. Ona poroniła w trzecim miesiącu.

Sprzedali dom, wynajęli mieszkanie. Znalazła pracę, on zaczął wszystko od
zera. Szło dobrze. Wystarczyło nawet na Egipt.

Trzy dni przed czwartą rocznicą ślubu ona zażądała rozwodu: - Odchodzę od
ciebie. Nie pytaj dlaczego. Poznałam kogoś na Gadu-Gadu, ale to nie ma
znaczenia. I tak bym odeszła.

Namówił ją na wizytę w przykościelnej poradni rodzinnej.

- Czuję się niekochana - mówiła do psycholog, starej kobiety w burym
swetrze.

- Kocham żonę - popłakał się wtedy jak dzieciak. - Nauczyłem się dla niej
gotować, sprzątać. Jak odejdzie, świat mi się skończy.

Rozwiedli się dwa miesiące później.

Zastygł. Nie pracował, nie jadł. Lekarze zdiagnozowali ciężką depresję.
Spędził miesiąc w szpitalu psychiatrycznym. Przeszedł na zasiłek
rehabilitacyjny.

- Ślub kościelny - mówił podczas spotkań terapeutycznych. - Tylko to mnie
trzyma. Nić jest nieodcięta. Moja żona jest moją żoną.

Rok później znalazł w skrzynce na listy pismo z trybunału metropolitalnego.
Żona żądała kościelnego orzeczenia o nieważności małżeństwa.

Proces za 1000 złotych

Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia.

Weźmy choćby nomenklaturę. W Polsce są 44 diecezje. Każda może nadać inną
nazwę swojemu sądowi. Mówimy więc "sąd kościelny" albo "biskupi". Ale tam,
gdzie jest siedziba biskupa, dobrze jest mówić o "trybunale metropolitalnym"
lub "sądzie metropolitalnym". Chociaż jak pozostaniemy przy nazwie "sąd
kościelny", też będzie dobrze.

Do trybunału nie składa się pozwu (jak w prawie cywilnym), tylko skargę
powodową. I nie należy pisać w niej "Szanowny Biskupie" tylko "Prześwietny
Trybunale".

Darmowej pomocy udzielają kościelne kancelarie prawne i księża notariusze w
trybunale.

Koszty sprawy też nie są określone żadnymi przepisami. Czasem należy
przedstawić zaświadczenie o zarobkach, nieraz sąd prosi o zapłatę "co
łaska". Proces w pierwszej instancji nie powinien jednak kosztować więcej
niż 1000 złotych.

Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego w 1946
roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).

Ale można poprosić o pomoc prywatne biura porad kanonicznych, które pomagają
przejść procedurę sądową. Przygotowują do przesłuchania, odwołują się od
wyroków, w razie potrzeby jeżdżą do Watykanu do Roty Rzymskiej. Koszt sprawy
zależy od zamożności klienta, ale nie powinien być wyższy niż sprawy o
rozwód w cywilnych kancelariach prawnych.

Kościół radzi patrzeć ostrożnie na podobne biura. Niektóre diecezje
ostrzegają przed nimi jako naciągaczami.

To będzie kłamstwo

Czesława Górniczyk (lat 48, ciepła jak puchowa kołdra, zęby palaczki, zdarty
głos, recepcjonistka w motelu, wieś J. niedaleko Kołobrzegu) chciała
orzeczenia o nieważności małżeństwa z dwóch powodów.

Najważniejszego. Zakochała się z wzajemnością w szkolnym koledze z tej samej
wsi. Oświadczył się jej jeszcze w 2000 roku. Przyjęła oświadczyny pod jednym
warunkiem: przysięgnie mu przed ołtarzem. Ale jak Kościół uzna, że jej
poprzednie małżeństwo było ważne, będą musieli się rozstać. Gdyby wzięła z
nim tylko ślub cywilny, do końca życia nie mogłaby przystępować do komunii,
ksiądz nie udzieliłby jej ostatniego namaszczenia. A wbrew Bogu nie mogłaby
żyć.

Mniej ważny powód to ludzkie języki i oczy. Na wsi śledziły ją wszędzie. Na
zabawie wzgardliwe i niechętne (patrzcie, ta rozwódka przyszła naszych
chłopów kusić), na spacerze wścibskie (patrzcie, idzie sama na spacer,
wiadomo po co). Miała dość.

W 2000 roku w skardze powodowej zapisała 15 stron.

Ksiądz, który ją przyjmował w trybunale metropolitalnym, przeczytał jej
pismo i zapytał: - Po co pani w ogóle wychodziła za tamtego człowieka?

I podpowiedział: - Widzę szansę na orzeczenie nieważności z tytułu
niezdolności psychicznej męża do podjęcia obowiązków małżeńskich. Możemy też
podać, że była pani przymuszona do ślubu z powodu ciąży.

Przestraszyła się: - Nie. To będzie kłamstwo. Ojciec mówił, że nie muszę za
niego iść.

Żona słucha głosu z rury

Pierwszy stosunek w życiu. Pierwszy raz, dosłownie. Na próbę, żeby zobaczyć,
jak to jest. Czesia miała 18 lat, była uczennicą technikum krawieckiego
(dojeżdżała z J. do Kołobrzegu). Jego poznała na zabawie. Przystojny,
elegancki - najmniejszy paluszek z dłuższym paznokciem odginał zawsze od
kieliszka, cmykał zębem, jeździł na motorze, nosił baki. Dziewczyny za nim
piszczały. Czesia też.

Więc na pierwszy stosunek wybrała właśnie jego.

I zaskoczyła. Tak powiedziała siostrze w tajemnicy: - Kaśka! Chyba
zaskoczyłam, nie mam okresu! Kaśka, ojciec mnie zabije.

Mama domyśliła się po siedmiu miesiącach. Był czwartek, w telewizorze
leciała "Kobra": - Coś ta nasza Czesia stęka przy siadaniu i pomidory jej
śmierdzą. Córuś, Jezus Maria i wszyscy święci, czy ty aby w ciąży nie
jesteś?

Ojciec, ku zaskoczeniu rodziny, powiedział: - Czesławo, nie chcesz, nie idź
za niego.

Ryczała przy piecu. Panna z dzieckiem na wsi? Taki wstyd.

Postanowiła, że pójdzie za niego.

Pierwszy raz skopał ją jeszcze przed ślubem. Walił pięściami po brzuchu,
kopał po łydkach. Bił bez słów, pijany.

- Po ślubie mu minie - powiedziała do swojego odbicia w lustrze, gdy płukała
twarz zimną wodą.

Kiedyś zaczął bić Czesię na ulicy. Okładał pięściami po głowie. Zasłoniła
twarz.

Przechodził patrol milicji. Salut do czapek.

- Co się dzieje, obywatelu? Czemu bijecie obywatelkę?

Wrzasnął: - Nie wasza zasrana rzecz! Żonę uczę porządku. Sprawy rodzinne.

- A to przepraszamy - znów salut.

Była bez przerwy gotowa na atak. Nocą, gdy wracał pijany z restauracji w
Kołobrzegu, gdzie grał na trąbce. W dzień, kiedy miał zły humor albo jedna z
dwóch córek była za głośno.

Znikąd pomocy. Była połowa lat 80. Ksiądz poradził jej w konfesjonale, żeby
niosła swój krzyż z godnością. Urzędniczki w gminie rozkładały ręce. Sąsiad
próbował raz interweniować - mąż go pobił.

Próbowała odejść. Padł na kolana. Przysięgał, że się zmieni. Napisał: "Nie
będę już nigdy bił Czesławy Górniczyk, mojej żony, poniżał jej ani jej
szkodził. A gdybym to zrobił, nie będę miał pretensji, że żona z dziećmi
odejdzie". Pieczątkę na piśmie przybił wójt gminy.

Ale bił nadal. Zbierała od lekarzy dokumenty z opisami obdukcji.

Modliła się żarliwie co noc. Którejś nocy usłyszała głos. Głęboki, czysty,
jakby dobiegał z długiej rury: - Odejdź od niego.

- Jak to? Przysięgałam mu przed ołtarzem, że będę z nim na dobre i na złe -
wyszeptała.

- Nie po to dałem ci rozum, żebyś się dała zabić.

Wyprowadziła się na wieś, do rodziców, po dziesięciu latach małżeństwa.
Rozwód cywilny z orzeczeniem o jego winie dostała rok później, w 1987.

Podczas procesu przed trybunałem metropolitalnym znalazła dziewięciu
świadków. Mąż dwoje. Zbadał ją biegły psycholog (męża też). Potem na pół
roku zapadła cisza.

Niecierpliwiła się, czemu to trwa tak długo. Dzwoniła co miesiąc.

Słyszała:

- Ksiądz oficjał jest chory. Cierpliwości.

- Ksiądz obrońca pojechał do siostry. Cierpliwości.

- Jest pani w pierwszej setce do rozpatrzenia. Cierpliwości.

Wyrok przyszedł po czterech latach, jesienią 2004. Małżeństwo było nieważne.

Zimą 2005 roku sąd drugiej instancji to potwierdził.

Ślub z narzeczonym wzięła cztery miesiące później. Skromny, cichy. Ale
kapelusz do sukni zamówiła w mieście u najlepszej modystki. Taki, jakie
noszą angielskie damy podczas wyścigów konnych.

- Jaka to ulga - opowiada - tak iść przez wieś z podniesioną głową. Kłaniają
mi się nawet teraz ci, co przez lata rozwódki nie zauważali. Słyszałam też,
że u nas, w J., już dwie osoby starają się o orzeczenie nieważności
małżeństwa.

Rzym przemówił, sprawa skończona

Sprawy o orzeczenie nieważności ciągną się jak guma. Nie ma procedur
określających ich długość. Mogą skończyć się po pół roku albo po 25 latach.

- Sądy kościelne działają na piechotę - mówi Krzysztof Czachor-Borkowski,
szef biura porad kanonicznych Media Service. - W niewielu są komputery.
Żadne nie wysyłają listów poleconych. Jeśli list po drodze zginie, sprawa
może zatrzymać się na lata. Sądy mają krótki czas urzędowania. Księża
zasiadający w trybunale to przeważnie prześwietne osoby, profesorowie prawa,
psychologii, nauczyciele akademiccy. A więc ludzie zajęci. I mają mało czasu
dla spraw sądowych.

Powód i pozwany nie uczestniczą nigdy w rozprawach sądu. Są tylko
przesłuchiwani. W skład zespołu sędziów wchodzi zawsze obrońca węzła
małżeńskiego, który ma udowodnić, że małżeństwo jest ważne.

Wyrok sądu pierwszej instancji musi być zatwierdzony przez sąd drugiej
instancji. Jeśli decyzje trybunałów są różne, wiążący jest wyrok wydany w
drugiej instancji. Niezadowoleni z wyroku mogą odwołać się do watykańskiego
trybunału - Roty Rzymskiej. Od jej decyzji nie ma odwołania (Roma locuta,
causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona). Czasem, gdy przyczyną
rozstania była wyjątkowa brutalność jednego z małżonków, sąd kościelny nie
zezwala jednej ze stron na ponowne zawarcie sakramentu.

To będzie oszustwo

Anna Matka (lat 34, drobne dłonie, sylwetka porcelanowej lalki, malarka,
Gdańsk) uważa dziś, że Kościół udziela ślubów bezrefleksyjnie. Chcecie? No
to bierzcie. Przynieście świadectwo chrztu, bierzmowania, pieczątki z nauk
przedmałżeńskich i już. Mąż i żona. Fabrycznie nowi, czyści i lśniący.

A co z wnętrzem młodej pary? Ich nikt nie sprawdził, czy są gotowi do
małżeństwa, nie było rozmów, ankiet, badania osobowości (w Stanach
Zjednoczonych Kościół katolicki sprawdza w ten sposób nowożeńców). Nikt im
nie mówił, że narzeczeni w trakcie ślubu sami sobie udzielają sakramentu, a
ksiądz jest tylko świadkiem. Dlaczego spotkania przedmałżeńskie trwały tylko
miesiąc? Czemu nikt nie zbadał, jak głęboka jest ich wiara, tylko gadał
przez cztery spotkania o naturalnych metodach antykoncepcji - jakby to było
najważniejsze dla Boga.

Ich ślub to było szaleństwo. Początek lat 90. Na jej roku każdy chciał się
żenić. Na przekór stereotypom, że artyści żyją na kocią łapę. Pod koniec
studiów nie było już prawie wolnych osób.

Taka była moda. Mieszkamy ze sobą od roku, kochamy się, nie? To co nam
szkodzi wziąć ślub?

- Ale tylko kościelny - zastrzegała ze śmiechem.

Rodzice stawiali lekki opór: - Po co się od razu żenić? Pomagamy wam,
skończcie najpierw studia.

Suknię Anna kupiła w najlepszym centrum handlowym w Krakowie (tam
studiowali, pochodzą ze wschodu Polski). Bufiastą, z falbanami a la księżna
Diana. Szczyt mody.

Wytrzymali ze sobą siedem lat. Bez dzieci - bo najważniejsza była kariera.
Bez majątku - bo malarze przeważnie są biedni. Bez pretensji, że mąż Anny
okazał się alkoholikiem. Bez żalu. Nie brali rozwodu cywilnego, bo nie brali
cywilnego ślubu. Dla urzędników żyli po prostu siedem lat na kocią łapę.

Spotkali się dwa lata temu.

- Słuchaj, a może postaramy się o rozwód kościelny? - zaproponowała Anna. -
Będziemy na czysto z Kościołem.

Papiery do sądu metropolitalnego złożyli razem. Długo zastanawiali się nad
powodem unieważnienia małżeństwa.

- Twój alkoholizm - powiedziała Anna Matka do byłego męża.

- Kurczę, w papierach to zostanie - oponował. - Napiszmy lepiej, że nigdy
nie chcieliśmy mieć dzieci.

- To będzie małe oszustwo. My wtedy po prostu nie myśleliśmy o tym.

Ale zgodziła się. W skardze powodowej podali tytuł "symulacja zgody
małżeńskiej".

On został wezwany na przesłuchanie w Krakowie, przed oblicze trzech księży.

- Niemiło było - mówił do niej przez telefon. - Czułem się jak na
przesłuchaniu o morderstwo.

Ona trafiła do Gdańskiego Trybunału Metropolitalnego.

- Miło było - zadzwoniła do niego. - W malutkim pokoju był ksiądz, komputer
na biurku i ja. Ksiądz miał listę pytań. Około stu. Niektóre intymne. Jakich
zabezpieczeń używaliśmy przed ciążą, jak się kochaliśmy. Ksiądz był
zmieszany, przysięgłabym, że się rumienił. Pytał mnie też o twoją rodzinę,
dziadków. Czy się kochacie, czy jesteście patologią. Półtorej godziny to
trwało. Teraz szukajmy świadków. Tylko pamiętaj, takich co nas znali już
przed ślubem. Ksiądz mi wyjaśnił, że Kościół bierze pod uwagę tylko okres
narzeczeństwa, moment ślubu i czas krótko po nim. Musi zbadać, czy nasz
związek został ważnie zawarty. To, co się działo później, sądu nie obchodzi.

Przesłuchania skończyły się we wrześniu 2005 roku. Anna czeka na wyrok
pierwszej instancji.

- Dziwna rzecz - mówi. - Nie zależy mi już na tym rozwodzie. Kiedy
składaliśmy papiery, byłam pewna, że orzeczenie nieważności oczyści mnie. Że
Bóg rozetnie swoimi nożyczkami łączącą nas nić. Ale uświadomiłam sobie, że
to niczego nie zmieni. Ileś lat z tym mężczyzną przeżyłam. Mam już dziecko,
żyję z innym człowiekiem, ale gdy ktoś pyta mnie o męża, moja myśl biegnie
zawsze do tego pierwszego.

http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,3218136.html?as=1&ias=10




Grzegorz Z.

Posted: 20 Mar 2006 14:02:45



Cóż, niektórym pewnie wystarczy przytoczenie jednego wersetu ze świętych
zwojów by stwierdzić że problem nie istnieje.




Bernard

Posted: 20 Mar 2006 22:18:06



Nożyczki Pana Boga

Jak rozwiązać małżeństwo w Kościele

Przeczytałem. Ubolewam. Każdy kolejny rzut oka na artykuł w Gazecie
Wybiórczej czy Ich Dzienniku utwierdza mnie w słuszności mojej decyzji o
nie czytaniu głupot.

Żona płaci, ksiądz radzi

Fajny tytuł. Ciekawe, co ma bulwersować czytelnika - czy to, że ktoś
komuś doradza, czy to, że ktoś płaci za poradę i czynności
administracyjne. Jak powszechnie wiadomo, w sądownictwie cywilnym nie ma
adwokatów a sądy pracują za darmo.

Biskup tłumaczy kanon

Do czasów Soboru Watykańskiego II (lata 60.) uzyskanie orzeczenia o
nieważności małżeństwa było bardzo trudne. Chyba że się udowodniło, że para
ze sobą nie współżyła (non consumatum). Po soborze pierwsi furtkę uchylili
Amerykanie.

I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale
przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności
przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było możliwe
z tych samych przyczyn.

Księża w USA zaczęli w sposób masowy orzekać nieważność małżeństw.
Niezgodnie z kodeksem prawa kanonicznego, bez oglądania się na Watykan.

W latach 70. Kościół przyznał im jednak rację. Złagodzono i przyspieszono
proces orzekania nieważności małżeństw.

Ale prawdziwa lawina ruszyła w 1983 roku. Wtedy w nowym kodeksie prawa
kanonicznego pojawił się kanon 1095. Za niezdolnych do zawarcia małżeństwa
zaczęto uznawać także tych, którzy "są pozbawieni wystarczającego używania
rozumu, mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i
obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych lub z
przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków
małżeńskich".

- Nie rozumiem tego kanonu - mówię biskupowi Pieronkowi.

No jasne. Ciekawe, czy autor skończył chociażby szkołę średnią. Za to
biskup w dalszym ciągu próbuje go edukować i robi to bardzo sensownie.

- To język prawniczy. Człowiek musi wiedzieć, czym jest małżeństwo. Powinien
nauczyć się tego choćby w domu rodzinnym. Jeśli jest inaczej, podczas
zawarcia ślubu narzeczony wyraża zgodę na coś, o czym nie ma pojęcia.
Śmieszne? Może. Ale znam przypadki, gdy dziewczyny wychodziły za mąż,
wierząc, że dzieci przynosi bocian.

Kanon jest pojemny jak studnia.

Może dotyczyć na przykład egoistów i leniów, którzy uporczywie odmawiają
wykonywania jakichkolwiek obowiązków w małżeństwie.

Albo maminsynków, dla których mąż lub żona są zawsze na drugim planie.

Ale też tych, którzy mają tak głębokie braki we własnej świadomości, że
wydaje im się naturalną rzeczą bycie panami w małżeństwie. Przykładów są
setki.

- Braki w sferze etyki nie skutkują orzeczeniem nieważności - mówi biskup
Pieronek. - To muszą być braki w sferze rozumienia zobowiązań, jakich się
podjęli. Ocena tego należy do biegłych psychologów i psychiatrów.

Drugi najpopularniejszy kanon dotyczy symulacji zgody małżeńskiej.

Powołują się na niego ci, którzy na przykład już przed ślubem zakładali, że
nie będą chcieli mieć dzieci (celem małżeństwa jest przecież zrodzenie i
wychowanie potomstwa).

Przysięgali przed ołtarzem wierność, ale zakładali, że znajdą sobie kochanki
(małżeństwo ma uśmierzyć pożądliwość).

Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się lepsza
partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).
Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia.

Weźmy choćby nomenklaturę. W Polsce są 44 diecezje. Każda może nadać inną
nazwę swojemu sądowi. Mówimy więc "sąd kościelny" albo "biskupi". Ale tam,
gdzie jest siedziba biskupa, dobrze jest mówić o "trybunale metropolitalnym"
lub "sądzie metropolitalnym". Chociaż jak pozostaniemy przy nazwie "sąd
kościelny", też będzie dobrze.

No jasne, najlepiej niech dziennikarzyna postraszy tajemniczością nazw.
A zamiast wygłupiać się mógłby popatrzeć na formalną nazwę instytucji.

Do trybunału nie składa się pozwu (jak w prawie cywilnym), tylko skargę
powodową. I nie należy pisać w niej "Szanowny Biskupie" tylko "Prześwietny
Trybunale".

No jasne, przecież do sądu cywilnego pisze się "Szanowny Wojewodo" ;)
Oczywiście pisać można jak się chce, a najlepiej normalnie. Nie wiem, po
co te inwokacje, normalnie używa się słowa "sąd". Ale bez
"prześwietnego" artykuł straciłby na sensacyjności. Ot, dziennikarskie
prierduły.

Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego w 1946
roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).

żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo
procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny.

Najważniejszego. Zakochała się z wzajemnością w szkolnym koledze z tej samej
wsi. Oświadczył się jej jeszcze w 2000 roku. Przyjęła oświadczyny pod jednym
warunkiem: przysięgnie mu przed ołtarzem. Ale jak Kościół uzna, że jej
poprzednie małżeństwo było ważne, będą musieli się rozstać. Gdyby wzięła z
nim tylko ślub cywilny, do końca życia nie mogłaby przystępować do komunii,
ksiądz nie udzieliłby jej ostatniego namaszczenia. A wbrew Bogu nie mogłaby
żyć.

Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie
namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie
grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć.

causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona). Czasem, gdy przyczyną
rozstania była wyjątkowa brutalność jednego z małżonków, sąd kościelny nie
zezwala jednej ze stron na ponowne zawarcie sakramentu.

Nie zezwala z wielu powodów. Z tym, że biskup, a nie sąd. Sąd może
najwyżej obwarować małżeństwo warunkiem zezwolenia.

A co z wnętrzem młodej pary? Ich nikt nie sprawdził, czy są gotowi do
małżeństwa, nie było rozmów, ankiet, badania osobowości (w Stanach

No jasne. Nie było rozmowy przez ślubem, a przecież prawo kanoniczne
takiej rozmowy bezwzględnie wymaga. Ktoś tu kłamie.

Chociaż trzeba przyznać, że jakieś 40% artykułu brzmi całkiem sensownie
i realistycznie.




Sky

Posted: 20 Mar 2006 22:27:12




Nożyczki Pana Boga

Jak rozwiązać małżeństwo w Kościele

Przeczytałem. Ubolewam. Każdy kolejny rzut oka na artykuł w Gazecie
Wybiórczej czy Ich Dzienniku utwierdza mnie w słuszności mojej decyzji o
nie czytaniu głupot.

Żona płaci, ksiądz radzi

Fajny tytuł. Ciekawe, co ma bulwersować czytelnika - czy to, że ktoś
komuś doradza, czy to, że ktoś płaci za poradę i czynności
administracyjne. Jak powszechnie wiadomo, w sądownictwie cywilnym nie ma
adwokatów a sądy pracują za darmo.

Biskup tłumaczy kanon

Do czasów Soboru Watykańskiego II (lata 60.) uzyskanie orzeczenia o
nieważności małżeństwa było bardzo trudne. Chyba że się udowodniło, że
para
ze sobą nie współżyła (non consumatum). Po soborze pierwsi furtkę
uchylili

Amerykanie.

I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale
przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności
przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było możliwe
z tych samych przyczyn.

Księża w USA zaczęli w sposób masowy orzekać nieważność małżeństw.
Niezgodnie z kodeksem prawa kanonicznego, bez oglądania się na Watykan.

W latach 70. Kościół przyznał im jednak rację. Złagodzono i
przyspieszono

proces orzekania nieważności małżeństw.

Ale prawdziwa lawina ruszyła w 1983 roku. Wtedy w nowym kodeksie prawa
kanonicznego pojawił się kanon 1095. Za niezdolnych do zawarcia
małżeństwa

zaczęto uznawać także tych, którzy "są pozbawieni wystarczającego
używania

rozumu, mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i
obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych lub z
przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków
małżeńskich".

- Nie rozumiem tego kanonu - mówię biskupowi Pieronkowi.

No jasne. Ciekawe, czy autor skończył chociażby szkołę średnią. Za to
biskup w dalszym ciągu próbuje go edukować i robi to bardzo sensownie.

- To język prawniczy. Człowiek musi wiedzieć, czym jest małżeństwo.
Powinien

nauczyć się tego choćby w domu rodzinnym. Jeśli jest inaczej, podczas
zawarcia ślubu narzeczony wyraża zgodę na coś, o czym nie ma pojęcia.
Śmieszne? Może. Ale znam przypadki, gdy dziewczyny wychodziły za mąż,
wierząc, że dzieci przynosi bocian.

Kanon jest pojemny jak studnia.

Może dotyczyć na przykład egoistów i leniów, którzy uporczywie odmawiają
wykonywania jakichkolwiek obowiązków w małżeństwie.

Albo maminsynków, dla których mąż lub żona są zawsze na drugim planie.

Ale też tych, którzy mają tak głębokie braki we własnej świadomości, że
wydaje im się naturalną rzeczą bycie panami w małżeństwie. Przykładów są
setki.

- Braki w sferze etyki nie skutkują orzeczeniem nieważności - mówi
biskup

Pieronek. - To muszą być braki w sferze rozumienia zobowiązań, jakich
się

podjęli. Ocena tego należy do biegłych psychologów i psychiatrów.

Drugi najpopularniejszy kanon dotyczy symulacji zgody małżeńskiej.

Powołują się na niego ci, którzy na przykład już przed ślubem zakładali,
że

nie będą chcieli mieć dzieci (celem małżeństwa jest przecież zrodzenie i
wychowanie potomstwa).

Przysięgali przed ołtarzem wierność, ale zakładali, że znajdą sobie
kochanki

(małżeństwo ma uśmierzyć pożądliwość).

Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się lepsza
partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).
Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia.

Weźmy choćby nomenklaturę. W Polsce są 44 diecezje. Każda może nadać
inną

nazwę swojemu sądowi. Mówimy więc "sąd kościelny" albo "biskupi". Ale
tam,

gdzie jest siedziba biskupa, dobrze jest mówić o "trybunale
metropolitalnym"

lub "sądzie metropolitalnym". Chociaż jak pozostaniemy przy nazwie "sąd
kościelny", też będzie dobrze.

No jasne, najlepiej niech dziennikarzyna postraszy tajemniczością nazw.
A zamiast wygłupiać się mógłby popatrzeć na formalną nazwę instytucji.

Do trybunału nie składa się pozwu (jak w prawie cywilnym), tylko skargę
powodową. I nie należy pisać w niej "Szanowny Biskupie" tylko
"Prześwietny

Trybunale".

No jasne, przecież do sądu cywilnego pisze się "Szanowny Wojewodo" ;)
Oczywiście pisać można jak się chce, a najlepiej normalnie. Nie wiem, po
co te inwokacje, normalnie używa się słowa "sąd". Ale bez
"prześwietnego" artykuł straciłby na sensacyjności. Ot, dziennikarskie
prierduły.

Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego w
1946

roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).

żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo
procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny.

Najważniejszego. Zakochała się z wzajemnością w szkolnym koledze z tej
samej

wsi. Oświadczył się jej jeszcze w 2000 roku. Przyjęła oświadczyny pod
jednym

warunkiem: przysięgnie mu przed ołtarzem. Ale jak Kościół uzna, że jej
poprzednie małżeństwo było ważne, będą musieli się rozstać. Gdyby wzięła
z

nim tylko ślub cywilny, do końca życia nie mogłaby przystępować do
komunii,

ksiądz nie udzieliłby jej ostatniego namaszczenia. A wbrew Bogu nie
mogłaby

żyć.

Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie
namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie
grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć.

causa finita - Rzym przemówił, sprawa skończona). Czasem, gdy przyczyną
rozstania była wyjątkowa brutalność jednego z małżonków, sąd kościelny
nie

zezwala jednej ze stron na ponowne zawarcie sakramentu.

Nie zezwala z wielu powodów. Z tym, że biskup, a nie sąd. Sąd może
najwyżej obwarować małżeństwo warunkiem zezwolenia.

A co z wnętrzem młodej pary? Ich nikt nie sprawdził, czy są gotowi do
małżeństwa, nie było rozmów, ankiet, badania osobowości (w Stanach

No jasne. Nie było rozmowy przez ślubem, a przecież prawo kanoniczne
takiej rozmowy bezwzględnie wymaga. Ktoś tu kłamie.

Chociaż trzeba przyznać, że jakieś 40% artykułu brzmi całkiem sensownie
i realistycznie.

Już myślałem że będziesz dyskutował z każdym zdaniem... ;)

Ale z tym nieistnieniem ostatniego namaszczenia -jako pojęcia- toś
przesadził. Wpisz te dwa słowa w Google a znajdziesz około 24,800 rekordów
dla zapytania ostatnie namaszczenie -wtym znaczącą większość na oficjalnych
stronach KRK ;)
Pa.





bazyli4

Posted: 21 Mar 2006 07:55:27







I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale
przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności
przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było
możliwe

z tych samych przyczyn.

I czemu kłamiesz? Tak samo łatwo było? Znajdź sobie statystyki... znów
kłamiesz jak najęty...


Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się
lepsza

partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).
Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia.

No, Bernardzik... jak zwykle wszystko zalezy od interpretacji. Ja do
dziś nie opuściłem w potrzebie żadnej ze swoich byłych dziewczyn, takoz
i zony nie opuszczę, choćby już nie była moją żoną... widzisz,
Bernardzik... a zresztą, nie zrozumiesz :(



Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego
w 1946

roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).

żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo
procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny.

Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!! Sięgnij do źródeł... jak ja
mogłem to i ty idź, znajdź i nie osmieszaj się więcej!!! Tyle Cię już
widzę na tej grupie a Ty wciąż łżesz jak najęty.... kurde, albo masz
nieporządek w mózgu i wynikający z tego brak rozeznania rzeczywistości,
albo ktoś Ci płaci... jak to drugie to rzuć cynkiem, wiesz, jako
ateiście łatwiej mi to przez gardło przechodzić będzie...



Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie
namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie
grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć.


Kłamiesz, znów kłamiesz!!! Ale tutaj żem zrywał boki ze śmiechu dobrych
kilka minut. Ojciec po dwóch seminariach też... tu cytat "że też takie
obiboki chodzą po świecie, wziąłby człowiek rózgę i przyklał w tyłek, że
własnej wiary nie zna..."


Pzdr ubawiony
Paweł






Elske

Posted: 21 Mar 2006 09:52:49




Już myślałem że będziesz dyskutował z każdym zdaniem... ;)

A ja miałam nadzieję, ze nie będziesz bez potrzeby cytować całej,
dziesięciotonowej wypowiedzi poprzednika. Daremne żale, próżny trud...




Sky

Posted: 21 Mar 2006 13:42:59





Już myślałem że będziesz dyskutował z każdym zdaniem... ;)

A ja miałam nadzieję, ze nie będziesz bez potrzeby cytować całej,
dziesięciotonowej wypowiedzi poprzednika. Daremne żale, próżny trud...

Jestem wygodny -a ty wyjątkowa... ;)
Wycinanie treści pozostawiam innym -bo bardziej obficie wylewają swoje żale
autorzy o wycinanie ich postów niż ktokolwiek o brak ingerencji... ;)





Elske

Posted: 21 Mar 2006 14:37:04




Wycinanie treści pozostawiam innym -bo bardziej obficie wylewają swoje żale
autorzy o wycinanie ich postów niż ktokolwiek o brak ingerencji... ;)

Tia, jasne. Bądź łaskaw ciąć. Nie da się czytać, kiedy masz 80 linijek
cytatu i na dole jedną krotka linijkę odpowiedzi.
A, i tak na marginesie: nie crosspostuj. To niemile widziana na grupach
przypadłość.




Sky

Posted: 21 Mar 2006 14:51:24





Wycinanie treści pozostawiam innym -bo bardziej obficie wylewają swoje
żale
autorzy o wycinanie ich postów niż ktokolwiek o brak ingerencji... ;)

Tia, jasne. Bądź łaskaw ciąć. Nie da się czytać, kiedy masz 80 linijek
cytatu i na dole jedną krotka linijkę odpowiedzi.

Czytanie to może utrudnia -ale jakie emocje wzbudza! ;P

A, i tak na marginesie: nie crosspostuj. To niemile widziana na grupach
przypadłość.

Łamanie stereotypów -co oczywista- wzbudza "opory materii" ;)
Zawsze byłem nastawiony na kontakty interdyscyplinarne...więc nawet niechęć
jakichś wyspecjalizowanych monotematycznie kurczaków zalęknionych o swoje
podwórko nie potrafi mnie przed tym powstrzymać :)

http://elske.freehost.pl/
*Ludwik XIV był samolubem. Twierdził, że Francja to ja.*

A Polska to nie Ja? ;)





Elske

Posted: 21 Mar 2006 15:08:04




Czytanie to może utrudnia -ale jakie emocje wzbudza! ;P

Emocji nie wzbudza. Raczej zniechęca do czytania.

Łamanie stereotypów -co oczywista- wzbudza "opory materii" ;)
Zawsze byłem nastawiony na kontakty interdyscyplinarne...więc nawet niechęć
jakichś wyspecjalizowanych monotematycznie kurczaków zalęknionych o swoje
podwórko nie potrafi mnie przed tym powstrzymać :)

Na przykładzie: crosspostujesz na grupę, której nie subskrybuję i nie
zamierzam tego robić. Przez Ciebie muszę czytać, co napisali ludzie, z
którymi nie mam ochoty gadać. Nie jesteś w necie sam. Dbaj też o innych.




niezbecki

Posted: 21 Mar 2006 15:14:16




Na przykładzie: crosspostujesz na grupę, której nie subskrybuję i nie
zamierzam tego robić. Przez Ciebie muszę czytać, co napisali ludzie, z
którymi nie mam ochoty gadać. Nie jesteś w necie sam. Dbaj też o
innych.

MUSISZ czytać? :)

Paff







Jolanta Pers

Posted: 21 Mar 2006 15:28:52




MUSISZ czytać? :)

Zwłaszcza, że to coś rzadko ma cokolwiek od siebie do powiedzenia, raczej
ogranicza się do wrzucania gigantycznych cytatów. (Może nie umie wklejać
linków.)




Elske

Posted: 21 Mar 2006 16:40:29




MUSISZ czytać? :)

Chcę. A Sky mi to utrudnia.




Bernard

Posted: 21 Mar 2006 18:41:32



I to jest kompletna bzdura. Po prostu mniej się o tym mówiło, ale
przepisy prawne nie zmieniły się znacząco. Stwierdzenie nieważności
przed soborem i po soborze wyglądało z grubsza tak samo, i było
możliwe

z tych samych przyczyn.

I czemu kłamiesz? Tak samo łatwo było? Znajdź sobie statystyki... znów
kłamiesz jak najęty...

Przepraszam, ale o ile mi wiadomo, procedura stwierdzenia nieważności
jest zapisana w KPK, a nie w statystykach. A ta się specjalnie nie zmieniła.

Że nie opuszczą aż do śmierci, a kombinowali, że jak trafi się
lepsza

partia, to porzucą (małżeństwo powinno zapewniać wzajemną pomoc).
Dla laika sprawy w sądach kościelnych są jak magia.

No, Bernardzik... jak zwykle wszystko zalezy od interpretacji. Ja do
dziś nie opuściłem w potrzebie żadnej ze swoich byłych dziewczyn, takoz
i zony nie opuszczę, choćby już nie była moją żoną... widzisz,
Bernardzik... a zresztą, nie zrozumiesz :(

Zaraz, a komu odpowiadasz? Bo chyba nie mi?

Żaden cywilny prawnik nie może uczestniczyć w sprawie (zakazał tego
w 1946

roku kardynał August Hlond ze względu na chciwość adwokatów).
żaden prawnik spoza składu sądu nie może uczestniczyć w sprawie, bo
procedura tego nie przewiduje. Znów kłamstwa dziennikarzyny.

Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!! Sięgnij do źródeł... jak ja
mogłem to i ty idź, znajdź i nie osmieszaj się więcej!!! Tyle Cię już
widzę na tej grupie a Ty wciąż łżesz jak najęty.... kurde, albo masz
nieporządek w mózgu i wynikający z tego brak rozeznania rzeczywistości,
albo ktoś Ci płaci... jak to drugie to rzuć cynkiem, wiesz, jako
ateiście łatwiej mi to przez gardło przechodzić będzie...

A konkretnie? W pracach sądu, w tym w rozprawie, nie uczestniczy nikt z
zewnątrz. "klienci" są tylko przesłuchiwani.

Kompletny bzdura. Po pierwsze, nie istnieje nic takiego jak "ostatnie
namaszczenie". Po drugie, w obliczu śmierci odpuszcza się wszelkie
grzechy, bo kiedy człowiek umiera, to już raczej nie zdąży zgrzeszyć.

Kłamiesz, znów kłamiesz!!! Ale tutaj żem zrywał boki ze śmiechu dobrych
kilka minut. Ojciec po dwóch seminariach też... tu cytat "że też takie
obiboki chodzą po świecie, wziąłby człowiek rózgę i przyklał w tyłek, że
własnej wiary nie zna..."

A konkretnie? Możesz mi w Katechizmie wskazać "sakrament ostatniego
namaszczenia"?

Znasz warunki sakramentu pokuty? W obliczu śmierci automatycznie zostaje
spełniony jeden z nich, ten, który uniemożliwia danie rozgrzeszenia np.
z trwania w związku niesakramnetalnym, bo jak już człowiek umiera, to
raczej w tym związku nie potrwa.




Elske

Posted: 21 Mar 2006 18:48:25




Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!!

Kłamstwo to _świadome_ mówienie nieprawdy. To znaczy: "wiem, że jest
inaczej, ale tak mówię bo mi się tak podoba". Jeśli ktoś się myli to się
myli a nie kłamie.
To tak w kwestii formalnej.




Sowa

Posted: 21 Mar 2006 18:58:32





Kłamiesz, Bernardzik, znów kłamiesz!!!

Kłamstwo to _świadome_ mówienie nieprawdy. To znaczy: "wiem, że jest
inaczej, ale tak mówię bo mi się tak podoba". Jeśli ktoś się myli to się
myli a nie kłamie.
To tak w kwestii formalnej.

Elske, daj spokój, na psreligia wrzaśnięcie przez jednego pana do drugiego
pana "kłamiesz", czy "będziesz potępiony" to takie swoiste "cześć, miło Cię
znów widzieć" ;)))
Coś w stylu życzliwych rad na rodzinie "rozwiedź się i natychmiast
wyprowadź" jak kto sie pyta co zrobić bo TZ nie zmywa naczyń od razu, tylko
po piętnastu minutach od posiłku. ;)




bazyli4

Posted: 21 Mar 2006 21:52:37







Przepraszam, ale o ile mi wiadomo, procedura stwierdzenia nieważności
jest zapisana w KPK, a nie w statystykach. A ta się specjalnie nie
zmieniła.


Nie mówimy o procedurach, tylko o praktyce...



Zaraz, a komu odpowiadasz? Bo chyba nie mi?

Tobie wyjasniam, jak najbardziej Tobie....



A konkretnie? W pracach sądu, w tym w rozprawie, nie uczestniczy nikt
z

zewnątrz. "klienci" są tylko przesłuchiwani.

Podpowiadam: tam coś było o Hlondzie?



A konkretnie? Możesz mi w Katechizmie wskazać "sakrament ostatniego
namaszczenia"?

A Ty Bernardzik nie czytasz ze zrozumieniem? Wstukaj sobie w google
"ostatnie namaszczenie" to Ci si ę w głowinie nieco rozjaśni....


Pzdr ubawiony
Paweł
co widzi jak Bernardzik nie może trafić...





bazyli4

Posted: 21 Mar 2006 21:54:00






Kłamstwo to _świadome_ mówienie nieprawdy. To znaczy: "wiem, że jest
inaczej, ale tak mówię bo mi się tak podoba". Jeśli ktoś się myli to
się

myli a nie kłamie.
To tak w kwestii formalnej.


Musiałbym założyć, że Bernard ma IQ poniżej 40. Inaczej muszę to nazwać
kłamstwem. To tak w kwestii formalnej...

Pzdr
Paweł






puchaty

Posted: 21 Mar 2006 21:59:10




Musiałbym założyć, że Bernard ma IQ poniżej 40. Inaczej muszę to nazwać
kłamstwem. To tak w kwestii formalnej...

Dlaczego właściwie aż dwa razy musisz? Może daj sobie trochę oddechu...

puchaty




. 1 . 2 . 3 . 4 . 5 . 6 . 7 . 8 . 9 . 10 ... 129 . 130 . >>
Twoja wypowiedź

Bold Style  Italic Style  Underlined Style  Image Link  Insert URL  Email Link  Wyłącz BB code


Zanim wyślesz jakąś wiadomość z polskimi znakami, upewnij się czy kodowanie znaków w twojej przeglądarce to ISO-8859-2
 » Login  » Hasło 
 

Online: Odwiedzający - 2
+ - 0
Najwięcej odwiedzających: 67 [9 Mar 2010 22:14:36]
Odwiedzający - 67 / + - 0

Czas ładowania strony (sek.): 1.021
miniBB.net © 2001-2010 Polityka Prywatności }{ forum ° gps° opisy gg ° kuchnia ° monety°
sport° bez przesady


  • Pochwała - Hubert z załogš motogumy.pl
  • O, ktos do Hubiego w koncu w celu zmiany opon podjechal :) -- Lukasz Transalp XL650V, WAW
    wiecej
  • Prostowanie aluminiowych felg
  • Wiec pytanie jest nastepujace: jakie niesie za soba niebezpieczenstwo jazdy na prostowanych felgach? Czy da sie to zrobic dobrze tak zeby pozniej nie zrobic sobie kuku? Czytalem o jakims przeswietlaniu przed/po prostowaniu w celu znalezienia mikropekniec...
    wiecej